Przeczytałem niedawno, że 25% katolików na zachodzie Europy wierzy w reinkarnację. Mix może opłaca się w przypadku telefonów komórkowych, ale w kwestii wiary – nigdy. Pan Bóg nie lubi konkurować z czerwonymi wstążeczkami.
Wiecie co to nicejsko-konstantynopolitańskie wyznanie wiary? Wiecie, bo wyznajemy je podczas każdej niedzielnej mszy świętej. To popularne credo, czyli esencja naszej wiary katolickiej. Niektórzy traktują je jak długą i nudną modlitwę, nie wgłębiając się w samą treść. Błąd! Credo jest jakby streszczeniem całej naszej wiary. Gdyby ktoś zapytał mnie „w co wierzysz?”, chcąc dać pełną odpowiedź, odpowiedziałbym właśnie słowami credo. Niestety coraz więcej katolików z różnych powodów opuszcza niektóre elementy swojej wiary, a czasem dodają zupełnie nowe. I nie mam tu na myśli tego, że wprowadzają zamęt recytując to podczas mszy. Wprowadzają go w swoim życiu.
Postanowione ludziom raz umrzeć
Tak, żyjemy raz i umieramy też tylko raz. Jednak coraz więcej wierzących przyjmuje elementy religii wschodnich, przede wszystkim wiarę w reinkarnację. Co więcej, starają się nawet udowodnić, że nie jest ona sprzeczna z Nauczaniem Kościoła. I powstaje „mix”, mieszanka różnych religii, w której powoli zatraca się najważniejsze elementy. Zwolennicy reinkarnacji wierzą, że po śmierci dusza może powrócić na ziemię w innym ciele. W Indiach ta wiara sprawdza się przy utrzymywaniu podziałów kastowych. Ci najbardziej uciśnieni, zamiast próbować zmienić swój los słyszą, że powinni go przyjąć z pokorą, bo jeśli „sprawdzą się” jako biedacy, w kolejnym życiu będą w wyższej kaście. Jak to się ma do wiary katolickiej? Nijak – dusza ludzka jest nieśmiertelna i stwarzana bezpośrednio przez Boga. Dziecko, które się pocznie nie jest kolejnym wcieleniem – jest nowym dzieckiem Boga, bo On sam ukształtował jego duszę. Wiara w reinkarnację jest bardzo zwodnicza. Idea samozbawienia to iście szatańskie dzieło. Bo do tego to się sprowadza: „mam żyć dobrze w każdym życiu, piąć się wyżej i wyżej, aż w końcu osiągnę swoje zbawienie – nirwanę.” I na pierwszy rzut oka nie ma w tym nic złego, bo przecież każdy chciałby żyć dobrze, katolik przede wszystkim. Ale Zbawienie nie jest naszym dziełem, ani naszym dokonaniem, na który sobie zasłużymy odpowiednim życiem. Jest Darem Boga, na który sobie w żadnym stopniu nie zasłużyliśmy. Pragnijmy Jezusa, a nie pogańskiej nirwany.

Czerwona kokardka
Wiele pogańskich elementów możemy zauważyć w życiu katolików na co dzień. Macierzyństwo to piękna sprawa, ale szalenie trudna, zwłaszcza w okresie ciąży. Bo przecież mama, która nosi w swoim łonie dziecko, musi uważać. Choćby na to, aby nie farbować włosów, bo dziecko będzie rude (i co w tym złego?), pod żadnym pozorem nie wolno jej nosić łańcuszka na szyi – grozi to zaplątaniem się dziecka w pępowinę. Całe szczęście, że przynajmniej taka mama nie będzie podczas ciąży naczyń zmywała. Oczywiście dlatego, że mogłaby pochlapać sobie brzuch wodą, a to, jak powszechnie wiadomo, spowoduje alkoholizm u dziecka. Naprawdę czujnym trzeba jednak być po urodzeniu malucha, gdy przychodzi nam go ochrzcić. Chrzest – ważny i piękny sakrament, w którym wierzący rodzice proszę o przyjęcie ich dziecka do społeczności Kościoła. A co drugi wózek, nawet w kościele, ozdobiony czerwoną kokardką. Bynajmniej nie z powodów estetycznych. Ma uchronić dziecko przed „złymi spojrzeniami” czymkolwiek one są. Jak to się mówi „strzeżonego Pan Bóg strzeże!”. Bóg? Ciekawe, skąd to zaufanie do Boga? Wydaje mi się, że niektórzy bardziej ufają kawałkowi czerwonej wstążki, niż Stwórcy. „Panie Boże, wierzę Tobie, ale jakbyś nie dał rady, to na wszelki wypadek jeszcze się zabezpieczę”. Tymczasem Bóg chce od nas całkowitego zawierzenia. Po to, żebyśmy mogli być w Nim szczęśliwi. Te niepozorne kokardki czy monety wsadzane do dziecięcych kołysek nie są błahą sprawą. Są świadectwem naszej wiary – nienajlepszym świadectwem. Co więcej, wiele osób mówi, że „to nie zaszkodzi”. Zaszkodzi, oj zaszkodzi. Bo jeśli nie zwracamy się o pomoc do Boga, tylko do jakichś nieznanych „wstążeczkowych” sił, to świadomie czy nie, otwieramy się na działanie szatana.
Wiara pokorna, nie pyszna
W sytuacjach, w których próbujemy mieszać wiarę katolicką z pogańskimi zwyczajami czy systemami filozoficznymi, pojawia się zarzut, że my – katolicy, uważamy swoją wiarę za lepszą od innych, za prawdziwą, podczas gdy wszystkie inne są błędne. Czy taka postawa to pycha? Łatwo może się nią stać, gdy zaczniemy patrzeć na innych z góry, z postawy „lepszych ludzi”. Ale pamiętajmy, że wiara jest łaską i bez niej nic byśmy nie zrobili. To Pan Bóg pozwala nam być przy Sobie, a nie odwrotnie. A jak podchodzić do innych wyznań, religii czy choćby ich elementów przesiąkających do naszej wiary? Pokornie, ale twardo. Pełnia prawdy i pełnia środków potrzebnych do Zbawienia jest w Kościele Katolickim. W innych wyznaniach są cząstki prawdy, którymi Bóg chce przyprowadzić do siebie również wyznawców tych religii. Dlatego my powinniśmy całym swoim życiem świadczyć o Prawdzie, którą Bóg nas obdarował, żyć nią, aby inni mogli ją w nas dostrzec. W Boga nie można tylko wierzyć. Najważniejsze, to Mu wierzyć. Mu, a nie czerwonej wstążce.