26 sie 2010

Ostatnie wydarzenia związane z krzyżem smoleńskim na Krakowskim Przedmieściu ożywiły dyskusję nad relacją państwa i Kościoła. Niektórzy lewicowi politycy i media alarmują, że złamane zostały konstytucyjne zasady neutralności państwa i jego rozdziału od Kościoła.


Świeckie czy wyznaniowe?

Najpierw trochę teorii. Ze względu na stosunek do religii, państwa podzielić możemy na wyznaniowe i świeckie. Państwo wyznaniowe to takie, które uznaje tylko jedną religię bądź ją ustawowo faworyzuje, a rządowe struktury mają ścisły związek ze strukturami kościelnymi. Takimi krajami są często państwa muzułmańskie, a także Grecja, w której urzędową religią jest prawosławie, Wielka Brytania z anglikanizmem (np. królem może być tylko anglikanin) czy Dania z Ewangelickim Kościołem Luterańskim. W państwach świeckich struktury państwowe są oddzielone i niezależne od kościelnych. Możemy je podzielić na państwa świeckie negatywne, w których nastąpiła wroga separacja państwa i Kościoła – takim krajem jest np. Francja; oraz państwa świeckie pozytywne, takie jak np. Polska.

Bezstronność czy neutralność?

Czy złamana została konstytucyjna zasada neutralności państwa? Należy zacząć od tego, że… takiej zasady w ogóle nie ma. W pkt 2. art. 25. Konstytucji RP możemy przeczytać: „Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym.” Mowa jest o bezstronności, a nie o neutralności. Gdyby Konstytucja mówiła coś o neutralności, to rzeczywiście można by próbować karkołomnych interpretacji przepisów, które nakazywałyby państwu „zneutralizować” wszelkie przejawy religijności. Ale Ustawa Zasadnicza mówi o tym, że państwo zachowuje bezstronność w sprawach religijnych – czyli smoleński krzyż zwyczajnie państwu przeszkadzać nie może. Co więcej, w tym samym artykule znajdujemy przepis gwarantujący nam swobodę w wyrażaniu naszych przekonań religijnych w życiu publicznym – kolejny punkt, w którym Konstytucja pokazuje nam, że z punktu widzenia relacji państwo-Kościół, ustawiony przez harcerzy krzyż w niczym państwu nie przeszkadza.

Co cesarskie – cesarzowi…

Przeciwnicy obecności wszelkich symboli religijnych w życiu publicznym, powołując się na zasadę rozdziału państwa i Kościoła, chcą pozbyć się nie tylko krzyża z Krakowskiego Przedmieścia, ale i ze szkół, urzędów. Zasada rozdziału Kościoła od państwa nie została wyrażona expressis verbis w przepisach Konstytucji. Jest ona jednak jednym z fundamentów państwa świeckiego, a jej wyraz możemy znaleźć w pkt. 3. wspomnianego wcześniej art. Konstytucji: „Stosunki między państwem a kościołami i innymi związkami wyznaniowymi są kształtowane na zasadach poszanowania ich autonomii oraz wzajemnej niezależności każdego w swoim zakresie, jak również współdziałania dla dobra człowieka i dobra wspólnego.” Zarówno państwo jak i kościoły posiadają autonomię i są wzajemnie niezależne. Warto zauważyć, iż Konstytucja podkreśla, że państwo i Kościół współpracują ze sobą, dla dobra człowieka. Zasady tej nie można rozpatrywać samodzielnie, bez uwzględnienia reszty przepisów, a zwłaszcza przytoczonego wcześniej art. 25 pkt. 2 Konstytucji, który mówił o bezstronności państwa i gwarantował wszystkim swobodę w wyrażaniu swojej wiary. Wynika z tego, że jeżeli ktoś bądź grupa ludzi chce zamanifestować swoją chrześcijańską wiarę w przestrzeni publicznej, może to zrobić – np. poprzez postawienie krzyża, powieszenie go w klasie czy zorganizowanie procesji. To gwarantuje nasze państwo. Takie same prawa posiadają wyznawcy wszystkich religii i ateiści. Są to jedne z podstawowych praw człowieka, wynikające z samego faktu bycia człowiekiem, dlatego państwo je „gwarantuje” a nie nadaje – bo źródłem ich jest godność ludzka a nie prawo stanowione.

Tolerancja dla wolności

Wzywanie do usunięcia symboli religijnych z życia publicznego nie ma podstaw prawnych. Co więcej, jest po prostu przejawem braku tolerancji u osób nie podzielających danego światopoglądu. A przecież paradoksalnie to właśnie ten argument – tolerancja dla niewierzących, wysuwany jest bardzo często przez przeciwników obecności symboli religijnych w życiu publicznym. Gdyby państwo przychyliło się do postulatów wykreślenia religii z życia publicznego, przestałoby być państwem świeckim. Nie byłoby nawet państwem neutralnym – stałoby się krajem z urzędowym ateizmem, które ignorowałoby prawa wierzących.

Sam krzyż smoleński wymaga głębszego zastanowienia – nie było moim zamiarem rozstrzygać, czy powinien zostać czy też nie – przedstawiłem jedynie sytuację prawną symboli religijnych w świetle obowiązującej Konstytucji. A prawo, właśnie z Konstytucją na czele, do krzyża nic nie ma. Ani do tego z Krakowskiego Przedmieścia, ani do tych wiszących w szkolnych salach. Nie ma nawet nic do placów, ulic i obrazu Matki Bożej Królowej Pokoju z olsztyńskiej Wysokiej Bramy…

krzyż, sxc.hu

20 sie 2010

Dużo pisałem o sprawach wiary i Kościoła. Jednak zazwyczaj było to moje własne spojrzenie na otaczającą nas rzeczywistość, pokazywanie palcem tego, co uważam za złe. Czegoś mi tu brakowało. Brakowało modlitwy. Współczesne chrześcijaństwo nie może sprowadzać się do ciętej riposty na bzdury, którymi nie raz karmi nas świat, na samą walkę o dobrą sprawę. Do tego wszystkiego potrzeba modlitwy, która zawsze powinna być punktem wyjścia do dalszego działania. Jakiś czas temu koleżanka podesłała mi ciekawy tekst o. Anselma Grűna OSB z jego książki „Modlitwa jako spotkanie„. O milczeniu i ciszy. Niby banał, ale jak przychodzi co do czego i człowiek zasiada w prawdziwej ciszy, to przynajmniej ja zaczynam się czuć lekko nieswojo, niekomfortowo. To mija, ale na początku mam zawsze wrażenie, jakby mnie ktoś wyjął ze świata i posadził gdzieś daleko, poza nim. Podesłany mi tekst opisywał potrzebę modlitewnej ciszy, podstawowe reguły rozeznawania i modlitwy. Pod jego wpływem, opierając się na spostrzeżeniach o. Anselma, napisałem swoje przemyślenia nt. modlitwy. Ostatnio było jej stanowczo za mało.

Różaniec, sxc.hu

Modlitwa, to nie czas w którym mamy przekonać Boga do naszych własnych planów – modlitwa to czas na to, aby Bóg przekonał nas do Swojego planu. – ale jak Go usłyszeć?

„Chcesz rozśmieszyć Pana Boga? Opowiedz Mu o swoich planach” powiedział Woody Allen. A na śmiechu to on się zna. W tym stwierdzeniu jest sporo racji. Bardzo często tak właśnie wygląda nasza modlitwa. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, żeby prosić Boga o wiele rzeczy – zdany egzamin, uleczenie z choroby, znalezienie pracy. Ta ufność jest piękna i bardzo potrzebna, przecież sam Jezus mówił nam, żebyśmy prosili, a otrzymamy. I teraz prosimy Boga o zrealizowanie naszego pomysłu na życie – a pomysły zwykle mamy piękne. Chcemy żyć uczciwie, być blisko Boga, w szczęściu. A Pan Bóg zdaje się milczeć… Uczono nas, że modlitwa to rozmowa – a często mamy wrażenie, że to monolog. Mówimy i mówimy…

Milczenie

Milczmy, żeby słuchać.

Powiedzmy Bogu to, co nam leży na sercu. I nie kombinujmy, gdy zaczyna nam brakować słów. Nie bójmy się, że o czymś zapomnieliśmy. Ważne, żebyśmy nie traktowali Boga tylko jak słuchacza, który nie ma pojęcia o tym, co się u nas dzieje. On wie znacznie więcej niż my. I ma wiele do powiedzenia. Tylko dajmy Mu szansę.

Na jednych z rekolekcji oazowych moderator powiedział nam, że „modlitwa, to nie czas w którym mamy przekonać Boga do naszych własnych planów – modlitwa to czas na to, aby Bóg przekonał nas do Swojego planu”. Tylko jak Go słuchać? Przede wszystkim – nie bójmy się milczenia. Mimo, że może ono wprawiać nas w zakłopotania, być niekomfortowe – potrzebujemy ciszy aby usłyszeć Boga. Wsłuchajmy się we własne myśli. Psycholog powie nam, że pochodzą one z naszej nieświadomości, jednak o. Anselm Grun OSB pyta się dalej: dlaczego te myśli przychodzą właśnie teraz? Dlaczego to właśnie te myśli? Na te pytania psycholog już nie odpowie. Te myśli mogą pochodzić od Boga – czy to nie niesamowite, że nagle słyszę, jak sam Bóg mówi do mnie? Nie mamy jednak pewności, czy dana myśl pochodzi od Boga. Są trzy źródła myśli – te, które pochodzą od nas samych, te pochodzące od Boga i takie, które pochodzą od demonów. Jak je rozróżnić? Po owocach. Te pochodzące od złych duchów wprowadzają niepokój, lęk, często agresję. Myśli, które wynikają z naszej podświadomości często nas rozpraszają i są powierzchowne. Myśli, przez które mówi do nas Bóg napełniają nas spokojem, często dla nas zaskakującym, rozluźniają i wyciszają.

Na modlitwie powinniśmy uważać. O. Grun ostrzega, że złe duchy potrafią podszyć się pod Boga i serwować nam pozornie pobożne myśli i dobre pragnienia. Na przykład możemy uświadomić sobie, że coś źle zrobiliśmy, że powinniśmy pracować nad sobą – i zaczynamy się tym zadręczać, rozpraszamy się i oddalamy od Boga. Te „myślne” oskarżenia najpewniej pochodzą od demona, bo Bóg chce, żebyśmy raczej skupili się na Jego miłosierdziu niż na użalaniu się nad sobą. Dlatego modląc się bądźmy czujni i starajmy się rozeznawać, czy mówi do nas Bóg, czy ktoś zupełnie inny. Bóg zawsze daje pokój i wewnętrzną radość.

Twój wybór, sxc.hu

Podjąć decyzję

Słuchanie Boga i rozeznawanie tego, co słyszymy, ma duże znaczenie gdy modlimy się o podjęcie dobrej decyzji. Wówczas bardzo często do głosu dochodzi nasze ego, które często podpowiada nam najbardziej pobożne rozwiązanie. Ale pamiętajmy, że nie wszystko, co pobożne, od Boga musi pochodzić. On ma swoje plany. O. Anselm podaje za przykład modlitwę młodego człowieka o rozeznanie powołania – małżeństwo, a może kapłaństwo/zakon? Istnieje niebezpieczeństwo, że jego ego będzie podpowiadało zakonną drogę, a wszelkie wątpliwości będzie tłumił prosząc Boga o siły i wytrwałość. W ten sposób może dokonać złego wyboru. Warto wyciszyć się i wyobrazić, jak moje życie mogłoby wyglądać za 5, 10 czy 20 lat? Czy za 20 lat będę szczęśliwy jako ksiądz? A może bardziej widzę siebie w roli męża i ojca? Jakie uczucia mi towarzyszą? Czy wyobrażając sobie siebie jako zakonnika czuję pokój? A może mam nieodparte wrażenie, że będę nieszczęśliwy. Porównując własne odczucia, kierujmy się tym, które napełnia nas większym pokojem i wewnętrzną radością. Bóg nie bawi się w logiczną argumentację, negocjacje – uderza prosto w serce, w najintymniejsze odczucia.

wart, sxc.hu

Metanoia – gotowość na nawrócenie

Czasem nawet przy czystym sercu i gorącym pragnieniu Bóg milczy. W ten sposób daje nam do zrozumienia, że jeszcze nie czas na decyzję. Bez obaw – Bóg sam wie, kiedy ten czas przyjdzie. Musimy długo wsłuchiwać się w ciszę – tak Bóg uczy nas cierpliwości i słuchania. Pamiętajmy o słowach św. Augustyna: „Ten jest najlepszym moim sługą, komu nie tyle na tym zależy, aby usłyszeć od ciebie to, czego by chciał, ile raczej na tym, by chcieć tego, co od ciebie usłyszał”.

Nawet gdy długo nie potrafimy odczuć Boga, nie zniechęcajmy się – On jest obecny ale nie objawia się nam. O. Grun pisze, że wytrzymać nieobecność Boga, oznacza stanąć przed Nim ponownie w prawdzie, porzucić własne wyobrażenia i odkryć zupełnie innego Boga. Jesteśmy zdani na Boga – spotkanie z Nim jest Jego decyzją.

18 sie 2010
Dostałem pilne wezwanie i mam dylemat.

Otóż pewien znany operator telefonii komórkowej, nie będę mówił który ;) wzywa mnie w trybie pilnym do odebrania samochodu. Któryś już raz…

BMW Silver 7

Teraz mam dylemat, co ja zrobię z tymi wszystkimi BMW, które na mnie czekają. Jakoś nieszczególnie przepadam za tą marką samochodów, (chociaż nie powiem, nowym X6 to bym sobie poszalał) ale jak policzyłem wszystkie pomarańczowe SMSy, które dostałem, zacząłem się martwić, gdzie ja te wszystkie auta upchnę…

Na początku przyjąłem strategię „na przeczekanie” – póki co mój poczciwy Matiz mi wystarczy, więc nie będę odpowiadał na SMSy – niech ktoś inny doświadczy tego szczęścia. Ale ma taktyka okazała się niewłaściwa i nie spodobała się organizatorom rewelacyjnego konkursu. Przysłali mi wezwanie z ponagleniem i szczerze mówiąc, trochę się przestraszyłem… to już nie żarty. Chyba rzeczywiście przyjdzie mi odstawić dziecko koreańskiej myśli technicznej i przesiąść się na flagową limuzynę z Monachium.

A już na poważnie.
Konkurs z BMW zaczyna mnie denerwować. Bywa, że otrzymuję w ciągu 10 minut 4-5 SMSów, w których operator błaga mnie, żebym się odezwał, bo nie wie co zrobić z kluczykami do auta. Nie chcę dostawać tych SMSów, podoba mi się mój Matiz i nie mam zamiaru przesiadać się na żadną X6.

Co powinienem robić?
W niektórych SMSach jest informacja o tym, że mogę wysłać na wskazany numer SMSa o treści „NIE” a operator przestanie nękać mnie SMSami. Jednak z doświadczeń internautów jakie znalazłem na różnego rodzaju forach – ta metoda to pic na wodę, fotomontaż. Kolejne SMSy reklamowe potrafią przyjść nawet parę minut po wysłaniu „NIE”.

Mogę również przejść się do przedstawiciela operatora i wręczyć mu pismo z prośbą o nie przesyłanie reklam. Tylko dlaczego? Z jakiej racji mam się fatygować do siedziby operatora i użerać się z jego pracownikami, którzy z każdej strony próbują wcisnąć mi nowy telefon czy usługę?

Orange ma mnie chyba za frajera… z resztą nie tylko mnie. I dalej SPAMuje w najlepsze!
Ustawa o świadczeniu usług drogą elektroniczną w artykule 10 stwierdza:

Art. 10. 1. Zakazane jest przesyłanie niezamówionej informacji handlowej skierowanej do oznaczonego odbiorcy za pomocą środków komunikacji elektronicznej, w szczególności poczty elektronicznej.
2. Informację handlową uważa się za zamówioną, jeżeli odbiorca wyraził zgodę na otrzymywanie takiej informacji, w szczególności udostępnił w tym celu identyfikujący go adres elektroniczny.
3. Działanie, o którym mowa w ust. 1, stanowi czyn nieuczciwej konkurencji w rozumieniu przepisów ustawy, o której mowa w art. 9 ust. 3 pkt 1.

SMSy o samochodach BMW informacją handlową zdecydowanie są. Pytanie, czy zamówioną przeze mnie? Nie! Nigdy nie zamawiałem takiej informacji – jestem użytkownikiem pre-paid’owym, czyli mam telefon „na kartę”, nie rejestrowałem się nigdzie, nic nie podpisywałem. Słowem – nie wyrażałem swojej zgody na otrzymywanie informacji handlowych.
Operator wysyła mi wiadomości łamiąc prawo.

Warto zwrócić również uwagę na art. 4 wspomnianej ustawy:

Art. 4. 1. Jeżeli ustawa wymaga uzyskania zgody usługobiorcy, to zgoda ta:
1) nie może być domniemana lub dorozumiana z oświadczenia woli o innej treści,
2) może być odwołana w każdym czasie.
2. Usługodawca wykazuje uzyskanie zgody, o której mowa w ust. 1, dla celów dowodowych.

Operator nie może zakładać, że moje milczenie oznacza zgodę. A jeśli coś mi się nie podoba, to mogę im to zgłosić, a on łaskawie zaprzestanie wysyłania SPAMu. To nie ja mam wyjść z inicjatywą. To operator ma obowiązek zapytać mnie, czy życzę sobie otrzymywać reklamy. I moja odpowiedź, jeśli będzie inna niż jasne i klarowne „TAK”, oznacza, że nie ma prawa przesyłać mi żadnej wiadomości.

O, właśnie znowu pomarańczowy spamer poprosił mnie via SMS, żebym odebrał moje BMW…

No  spam
30 cze 2010

Temat zapłodnienia in vitro znów powrócił na pierwsze strony gazet, tym razem pod postacią karty przetargowej przed II turą wyborów prezydenckich. Niektóre media sprawiają wrażenie, jakby kwestia sztucznego zapłodnienia była już bezdyskusyjnie zaakceptowana, a jedyne, co wymaga doprecyzowania, to sprawy finansowe.

Tymczasem Kościół nieustannie podkreśla, że na zapłodnienie in vitro zgody nie ma i być nie może. Jan Paweł II pisał w Encyklice Evangelium vitae: „Techniki in vitro są nie do przyjęcia z punktu widzenia moralnego, ponieważ oddzielają prokreację od prawdziwie ludzkiego kontekstu aktu małżeńskiego. […] W wielu przypadkach wytwarza się większą liczbę embrionów, niż to jest konieczne dla przeniesienia któregoś z nich do łona matki, a następnie te tak zwane „embriony nadliczbowe” są zabijane lub wykorzystywane w badaniach naukowych, które mają rzekomo służyć postępowi nauki i medycyny, a w rzeczywistości redukują życie ludzkie jedynie do roli „materiału biologicznego”, którym można swobodnie dysponować”. Ponieważ problem bezpłodności dotyczy coraz większej liczby par – a tryb życia, jaki prowadzi większość osób, tylko go potęguje. Co zatem pozostaje małżonkom, którzy borykając się z niepłodnością, pragną dziecka?

Naprotechnologia jest szansą dla wielu par

Genialna prostota

Odpowiedź na ostatnie pytanie postanowił odnaleźć amerykański lekarz, prof. Thomas Hilgers, który inspiracji szukał w Encyklice Pawła VI Humanae Vitae. Przede wszystkim raziło go podejście medycyny do kwestii leczenia bezpłodności – mowa była o medycynie reprodukcyjnej i wspomaganym rozrodzie. Taka terminologia, a właściwie aksjologia, kłóciła się godnością osoby ludzkiej, jaką Hilgers znał z Humanae vitae. Jego odpowiedzią była Technologia Naturalnej Prokreacji – czyli naprotechnologia (Natural Procreative Technology). Metoda ta bardzo szybko zaczęła rozwijać się w USA, później w Irlandii. Prof. Hilgers aktywnie współpracował z Watykanem w celu rozwoju i popularyzacji alternatywy dla in vitro. Na czym polega naprotechnologia? Jej istota jest bardzo prosta i znana od dawna – precyzyjna diagnoza i odpowiednie leczenie. Opiera się na naturalnych metodach planowania rodziny (NPR) w szczególności na modelu Creightona, jednak bardzo mocno wykracza poza zakres NPR. Po zdiagnozowaniu przyczyny niepłodności, naprotechnologia zaprzęga najnowsze zdobycze medycyny, z mikrochirurgią na czele, aby przywrócić płodność. Co ważne, zanim w ogóle rozpocznie się terapię, małżeństwo pracuje z instruktorem NPR aby lepiej poznać swoją płodność – to wymaga zaangażowania nie tylko kobiety ale też jej męża, co umacnia ich związek.

Dziecko

Skuteczność

Wg raportu Instytutu Pawła VI z 2004 roku, skuteczność leczenia metodami naprotechnologii waha się od 38% w przypadku, gdy przyczyną niepłodności są niedrożne jajowody, do ponad 80% gdy przyczyną jest brak owulacji. Skuteczność metod sztucznego zapłodnienia w analogicznych przypadkach mieści się w granicach 21% do 27% – naprotechnologia jest zatem niemal 2,5 razy skuteczniejsza niż in vitro. Warto zauważyć, że wg badań przeprowadzonych w Irlandii, wskaźnik skuteczności naprotechnologii w ogólności (różne przyczyny niepłodności) wyniósł 52%, przy czym wzrastał do ponad 80% u par, u których doszło do nawykowych poronień oraz spadał do 30% u par, które wcześniej bezskutecznie próbowały metod sztucznego zapłodnienia (in vitro). Wielu lekarzy zajmujących się naprotechnologią podkreśla, że często trafiają do nich pacjentki, którym jako jedyną szansę na dziecko przedstawiono zapłodnienie in vitro. Tymczasem po przeprowadzeniu dokładnych badań wychodziła na jaw przyczyna niepłodności, którą wystarczyło usunąć farmakologicznie bądź chirurgicznie.

Jeśli jest tak dobrze – to czemu jest tak źle?

Jeżeli naprotechnologia rzeczywiście jest tak skuteczną, a przede wszystkim akceptowaną moralnie metodą leczenia niepłodności, to czemu tak mało o niej słyszymy? Czemu tak mało jest lekarzy specjalizujących się w tych metodach? Po pierwsze, cała idea naprotechnologii stoi w sprzeczności z głównym nurtem „medycyny reprodukcyjnej”. W odróżnieniu od naprotechnologii, zakłada ona najpierw regulację poczęć (antykoncepcja i aborcja) a następnie traktuje dziecko, jako coś, co rodzicom się należy. „Jeżeli chcą, to mają prawo mieć, należy im się”. W rezultacie coraz mocniej odchodzi od diagnozowania i coraz szybciej przechodzi do metod sztucznego zapłodnienia. Aksjologia przyjęta w głównym nurcie medycyny w tym kontekście poszła tak daleko od szacunku do człowieka, że przy zapłodnieniach in vitro pracują technicy weterynaryjni – w końcu metody są niemal identyczne. Naprotechnologia traktuje dziecko jak dar. Kolejnym argumentem są finanse – in vitro jest bardzo drogie, a leczenie po trafnej diagnozie naprotechnologii może wynieść zaledwie niewielki ułamek kwoty potrzebnej na przeprowadzenie sztucznego zapłodnienia. To ważna kwestia, bo za in vitro stoi silne lobby, któremu nie w smak wizja popularyzacji naprotechnologii, która odebrałaby im zyski.

Do najważniejszych zalet naprotechnologii należy zaliczyć:

-          Naprotechnologia szanuje integralność płciową kobiety i mężczyzny i ich godność. Nie uprzedmiotawia człowieka i aktu seksualnego. A co najważniejsze, nie niszczy życia ludzkiego (Zatem znakomicie wpisuje się w przesłanie ostatniego dokumentu Kongregacji Wiary – Instrukcji Dignitas Personae). Nie przekracza granic etycznych,.

-          Nie pomija diagnostyki i leczenia. Uwzględniając objawy owulacji, obserwację cyklów płodności – odkrywa naturę i nie „idzie na skróty”

-          Nie naraża zdrowia kobiety, ale ją leczy. W procedurze In vitro występuje ryzyko tzw. zespołu hiperstymulacji, który następuje po podaniu kobiecie leków hormonalnych w celu wywołania owulacji. Ten ciężki zespół występuje z częstotliwością 23 przypadki na 1.000 kobiet. Kobiety z tym zespołem wymagają kosztownego i długotrwałego leczenia. Zdarzają się nawet zgony w wyniku tego powikłania.

-          Koszty związane z diagnozą i leczeniem metodą naprotechnologii są nieporównanie niższe aniżeli opłacanie procedury in vitro.

Naprotechnologia w Europie jest jeszcze w powijakach – ale to od nas zależy, czy i jak szybko będzie się rozwijała.

16 cze 2010

Rozpoczął się mundial. Na razie wieje nudą. Fakt, niektóre mecze mogły się podobać. Wybrzeże Kości Słoniowej przycisnęło Portugalię i właściwie brakowało tylko paru efektownych (lub jakichkolwiek) bramek, aby uznać ten mecz za szlagier fazy grupowej. Na szczęście już dziś kończy się pierwsza runda Mistrzostw, a co za tym idzie, zespoły, które przegrały w niej rywalizację, będą grały „mecze o wszystko”. Czyli jest nadzieja na emocje.

Zawiodła mnie Brazylia – mimo, że podczas meczu serce skłaniało się ku chłopakom z Korei mlekiem i miodem płynącej, bo dzielnie sobie radzili, to rozum przypominał, że przecież postawiłem na 4:1 dla Canarinios.

Przy Brazylii warto zatrzymać się na dłużej, bo niedawno FIFA musiała oficjalnie upomnieć jej reprezentację. O co chodziło? Ano o to, żeby Brazylijczycy nie obrażali i nie drażnili innych piłkarzy, kibiców i telewidzów, bo w tym akurat są świetni. Jak to robią? Zawodnicy reprezentacji Brazylii znani są ze swojej religijności i nigdy tego nie ukrywali. Często przed meczem odmawiali krótką, wspólną modlitwę, po strzelonej bramce dziękowali „Temu, który piłkę nosi”, a po meczu zakładali koszulki z napisami np.  „Należę do Jezusa”

http://www.haisentito.it/img/_kaka_jesus.jpg

FIFA uznała, że tak dalej być nie może, bo z jakiej racji w dobie wolności i tolerancji, ktoś miałby oglądać modlącego się Cafu? Z jakiej racji ktoś miałby przeczytać chrześcijański napis na koszulce Kaki? Nie wolno takich rzeczy robić… Brazylijczycy, pamiętajcie o tolerancji!

Wpisując się w nurt neutralności, FIFA neutralizuje przejawy religijności tam, gdzie może. Szkoda. Mogliby skupić się na piłce nożnej. A jeśli już koniecznie chcą walczyć „w słusznej i ważnej sprawie” to niech się może zainteresują ekipą Korei Północnej, nad którą wisi groźba obozu pracy po powrocie do kraju.

Older Posts »
Blog Bartosza Orlińskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.