24 gru 2011

Dawno nie aktualizowałem swojego bloga. Muszę przyznać, że odkąd zająłem się nowym projektem – Warmińsko-Mazurskim Serwisem Religijnym Wiara WM, nie mam za bardzo czasu na pisanie tekstów specjalnie z myślą o blogu. Piszę więcej niż kiedyś, ale wszystkie artykuły lądują na serwisie Wiara WM i czasem w naszej Gazecie Olsztyńskiej.

 

O blogu jednak nie zapomniałem i mam zamiar powrócić do jego regularnego prowadzenia od Nowego Roku. A korzystając z okazji, chciałbym życzyć Wszystkim szczęśliwego przeżywania Świąt Bożego Narodzenia. Przede wszystkim, aby te Święta były uduchowione – niech skłonią nas do refleksji, zasieją w duszy zbawienny niepokój, który zmobilizuje nas do działania. Tak jak kiedyś Jezus odmienił Świat swoim narodzeniem, tak i teraz niech odmieni nasze życie.

 

 

23 cze 2011

Wielkimi krokami zbliżają się wybory do Parlamentu. Jednak zanim wrzucimy kartki do urn, w Sejmie odbędzie się o wiele ważniejsze głosowanie. Posłowie zadecydują, czy Polska będzie broniła ludzkiego życia konsekwentnie.

Ponad pół miliona Polaków poparło obywatelski projekt ustawy, którego celem jest całkowita ochrona ludzkiego życia, szczególnie wobec tych ludzi, którzy nie potrafią się jeszcze sami obronić. Mamy szansę zupełnie zabronić aborcji w imieniu prawa! A trzeba nam wiedzieć, że w zeszłym roku w majestacie Rzeczypospolitej zabito ok. 500 dzieci – głównie dlatego, że były chore. Słynny „aborcyjny kompromis”, którego niektórzy bronią jak niepodległości, ma twarz pół tysiąca dzieci rocznie, które są zabijane za swoją chorobę albo pochodzenie. Na to nie może być zgody w cywilizowanym świecie. W Polsce XXI wieku nie może być miejsca na legalne barbarzyństwo!

Dziecko, źródło sxc.hu

Pół miliona wariatów

Jak napisał ks. Marek Gancarczyk: „O losach obywatelskiego projektu zdecyduje strach. Irracjonalny, nie wiadomo skąd pochodzący, ale mocno zakorzeniony. Jakby szponami trzymał za gardło. Strach przed publicznym wygłoszeniem oczywistej, zupełnie zdroworozsądkowej opinii: Nie godzę się na prawo do zabijania chorych dzieci przed narodzeniem, to barbarzyństwo.” Aby pomóc naszym posłom przełamać ten strach i odważnie opowiedzieć się za życiem, powstała akcja „Zadzwoń do posła”. Każdy z nas może zadzwonić do swojego posła lub wysłać mu list (także elektroniczny) z przypomnieniem, że niedługo czekają nas wybory parlamentarne i chcielibyśmy dowiedzieć się, jaki jest jego (jej) stosunek do ważnych dla nas wartości chrześcijańskich. Jako, że przede wszystkim liczą się czyny, niezwykle interesuje nas, czy nasz poseł (nasza posłanka) opowie się za życiem w najbliższym głosowaniu nad obywatelskim projektem ustawy. Posłowie są w końcu naszymi przedstawicielami i mamy prawo wiedzieć, jakimi wartościami się kierują.  Jak zwykle w przypadku takich inicjatyw, odezwał się krytyczny (i chyba trochę kpiący) głos z ulicy Czerskiej, tym razem ustami (a właściwie piórem) pani Kasi Wiśniewskiej, która wyrasta na etatowego komentatora akcji pro-life oraz wszystkiego, co związane z Kościołem. Wiśniewska nazywa cały pomysł „wariackim”. Przytacza też liczbę aborcji, jakie rokrocznie wykonywane są w polskim „podziemiu aborcyjnym” – od 80 do 200 tysięcy, a które katolicy ponoć lekceważą. Skąd Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny (sic!) wzięła te dane? Najpewniej z kapelusza, jak pisze Franciszek Kucharczak. Na koniec Wiśniewska kpiąco pyta, czy dla ochrony życia nie warto się trochę wysilić, zamiast marnować czas na telefony do posłów. Warto Pani Kasiu i dlatego będziemy dzwonić i pisać, żeby nasi przedstawiciele w Parlamencie zdobyli się na wysiłek bycia odważnymi. Co ciekawe, jak zauważa Kucharczak, w tym samym numerze Gazety Wyborczej znajdziemy tekst Piotra Pacewicza, który każe nam się wstydzić za to, że tak mało osób przyszło na paradę gejów i lesbijek (tzw. paradę równości). W konsekwencji powinniśmy rozpocząć sejmową debatę nad związkami partnerskimi… i choć pomysł popiera niewielu, to nikt nie nazywa go wariackim.

Polak, Węgier dwa bratanki

Do tej pory w Unii Europejskiej to Polska była najczęściej kojarzona z walką o życie ludzi już od momentu poczęcia oraz o głośne procesy przed europejskimi trybunałami, w wyniku których trzeba było płacić odszkodowanie matkom, którym z różnych powodów odmówiono „prawa” do zabicia własnego dziecka. Ostatnio mieliśmy do czynienia z kolejnym procesem, w rezultacie którego Polska ma wypłacić tytułem odszkodowania 60 tysięcy Euro kobiecie, której dziecko będąc w jej łonie miało podejrzenie zespołu Turnera. Lekarze wobec deklaracji kobiety, że zabije swoje dziecko (o przepraszam: dokona przerwania ciąży, ewentualnie skorzysta ze swojego prawa) jeśli zajdzie podejrzenie choroby, nie chcieli dokonać badań prenatalnych. Trybunał uznał to za nieludzkie traktowanie. W wywiadzie dla Radia Plus Minister Zdrowia Ewa Kopacz powiedziała, że jest za utrzymaniem prawa, które pozwala na zabicie dziecka w łonie matki dlatego, że jest ciężko chore lub upośledzone. Czy to nie jest dyskryminacja? Na szczęście w Europie nie musimy już czuć się osamotnieni w walce o życie człowieka. Coraz odważniej poczynają sobie Węgrzy, którzy mają odwagę białe nazywać białym, a czarne czarnym. W ramach akcji promocji „zrównoważonych” rodzin, finansowanej ze środków unijnych, rząd Victora Orbana zaczął apelować o zaprzestanie aborcji, pokazując adopcję jako alternatywę dla zabicia niechcianego dziecka. Szybko zareagowała Bruksela. Viviane Reding, unijna Komisarz Sprawiedliwości udzieliła Węgrom reprymendy, ponieważ „To [akcja pro-life] jest sprzeczne z wartościami europejskimi!” Pani Reding zagroziła sankcjami finansowymi, jeśli akcja nie zostanie wstrzymana.

Słysząc o takich wydarzeniach, jak wyrok europejskiego trybunału czy upomnienie ze strony europejskiej komisarz, łatwo zauważyć, że walka o człowieka cały czas trwa. I nabiera coraz bardziej namacalnych kształtów. Możemy wygrać, ale trzeba włożyć w to dużo siły i modlitwy. Jeśli my tego nie zrobimy, zatriumfują piewcy politycznej poprawności i pseudotolerancji, a przegra człowiek.

 

18 kwi 2011

Wszyscy kiedyś umrzemy, lecz nie wszyscy wiedzą jak żyć – powiedział William Wallace w „Walecznym Sercu”. Zdanie to jest ciągle aktualne, a uderza przede wszystkim w dzisiejszych mężczyzn. Bo znaleźć ich w Kościele jest coraz trudniej.

Od dawna słyszymy o kryzysie męskości. W dużej mierze sami sobie ten kryzys zafundowaliśmy. Wystarczy wsłuchać się w środowiska feministyczne, które „z urzędu” narzekając na mężczyzn i na ich współczesne zniewieścienie piętnują jednocześnie typowe męskie cechy, uznając je za prymitywne bądź szowinistyczne. Ale nie zamierzam skupiać się na feministkach i na tym, co mówią – ten tekst ma być poświęcony nam, mężczyznom.

Babcia różańcowa

Mało mężczyzn aktywnie uczestniczy w życiu Kościoła. Wielu nie potrafi dostrzec dla siebie w nim miejsca – bo albo ksiądz za ołtarzem, albo kobiety w ławkach –a  ja? To stereotypowe myślenie, często spotykane u osób, które swoją parafię odwiedzają tylko w czasie pasterki lub podczas święcenia pokarmów w Wielką Sobotę.  „W tym kościele nic się nie dzieje – ciągle tylko Jezus się rodzi, albo jajka święcimy” – mówią później. Stereotypy o Kościele zakładają nam klapki na oczy, sprawiają, że widzimy w nim jedynie (z całym szacunkiem) babcie różańcowe albo starsze małżeństwa. A gdzie miejsce dla nas? Ono jest, tylko powinniśmy zrobić pierwszy krok, musimy sami rozejrzeć się wokół. Mężczyzna nie może iść ciągle prowadzony za rączkę – Pan Bóg nie chce w nas widzieć nieporadnych dzieci. On potrzebuje mężczyzn!

Wstąp na rydwan

Początki chrześcijaństwa przyciągały mężczyzn. Wierzyć, oznaczało porzucić to, co bezpieczne wypłynąć na głębię. Wierzyć znaczyło wystąpić w gronie nielicznych przeciwko całemu społeczeństwu, a to często kończyło się pod katowskim mieczem albo na arenie, wśród dzikich zwierząt. Ale Bóg wiedział, co robi i wiedział kogo powołuje. Do wszystkich mężczyzn skierował Słowa „Bohaterze, przypasz do biodra swój miecz, swą chlubę i ozdobę! Szczęśliwie wstąp na rydwan…” [Ps 45,4] Ci ludzie walczyli o prawdziwą wolność, jaką przyniósł im Jezus. A o wolność właśnie tak się walczy. Również teraz. Wezwanie Boga, żeby odważnie wejść w Świat z wiarą nie straciło na aktualności. A jednak ze względu na uwarunkowania kulturowe efekt zmizerniał. Głównie dlatego, że chrześcijaństwo stało się religią dominującą i wiara nie wiązała się już z tak spektakularną, zewnętrzną odwagą. Ale myli się ten, kto sądzi, że do dzisiejszej wiary nie potrzeba odwagi. Potrzeba i to bardzo wiele. Śmiem twierdzić, że dawno nie było ludziom tak ciężko wierzyć, jak w dzisiejszych latach. O odwadze genialnie napisał Gilbert Keith Chesterton: „Odwaga jest sprzecznością niemal w założeniu. Oznacza silne pragnienie życia, przybierające formę gotowości na śmierć. << Kto straci swe życie, znajdzie je >>, to nie kawałek mistycyzmu dla świętych i herosów! To codzienna rada dla żeglarzy i alpinistów. Powinna być wydrukowana w przewodnikach po Alpach albo w książce treningowej. Paradoksem jest sama zasada odwagi, nawet całkiem ziemskiej i całkiem brutalnej. Człowiek odcięty przez morze zdoła uratować życie, jeśli zaryzykuje przejście nad przepaścią. Może wymknąć się śmierci, posuwając się nad nią cal po calu. Żołnierz otoczony przez wroga, jeśli ma znaleźć drogę ucieczki, musi połączyć silne pragnienie przeżycia z dziwaczną beztroską wobec śmierci. Nie może tylko trzymać się życia, bo wtedy będzie tchórzem i nie ucieknie. Nie może tylko czekać na śmierć, bo wtedy będzie samobójcą i nie ucieknie. Musi szukać życia w duchu szalonej obojętności na nie; musi pragnąć życia jak wody, a jednak pić śmierć jak wino.”

Tragedia mężczyzn

Tego chce od nas Bóg – żebyśmy walcząc o Życie Wieczne byli gotowi poświęcić nasze doczesne. Nie tyle dosłownie, chociaż takie sytuacje też się zdarzają. Ale przede wszystkim, żebyśmy potrafili żyć dla Boga. Podjąć męską decyzję „Tak, wierzę w Ciebie Boże, wierzę Tobie Boże i powierzam Ci swoje żyje”. To ta decyzja, powtarzana później na każdym rozdrożu, otwiera nam drogę do wielkiej przygody, jaką ma dla nas Bóg. Przygody, na której zmierzymy się ze swoimi słabościami, stoczymy bitwę z tym, co nas najbardziej przeraża i uratujemy Piękną. Proste? Nie, to nigdy nie było, nie jest i nie będzie prostą sprawą. Dlatego tak wielu mężczyzn zatrzymuje się na tym etapie. Nie potrafimy bez asekuranctwa podjąć decyzji „Tak Panie Boże, wchodzę w to!”. I zaczyna w nas coś umierać. To największa tragedia mężczyzny, gdy on żyje, a jednak coś w nim umiera… Jego życie schodzi wtedy z dynamicznego centrum na spokojne przedmieścia, pojawia się rutyna i poczucie tęsknoty za czymś bliżej nieokreślonym. Oglądamy filmowych bohaterów takich jak William Wallace z „Walecznego Serca” czy Maximus z „Gladiatora” i zazdrościmy im przygód, odwagi, zazdrościmy im tego, że potrafią położyć na szali swoje życie, w walce do dobrą sprawę. Patrzymy w telewizor, a przygoda i wyzwania przygotowane przez Boga, czekają obok…

Nasze zadanie

Pan Bóg nie chce, żebyśmy ograniczali sie do niedzielnej mszy świętej. Przygotował dla nas o wiele więcej. Ale od czegoś trzeba zacząć, a przede wszystkim, skądś trzeba czerpać siły. Tym źródłem, przygotowanym dla nas przez samego Jezusa jest właśnie Eucharystia. Nie można walczyć dla Jezusa, nie czerpiąc z Niego samego. Mężczyzna przyjdzie do kościoła o wiele chętniej, gdy zobaczy tam innych mężczyzn. Stąd duże zadanie dla nas, świeckich – bądźmy w Kościele, pokażmy że jesteśmy. Pokażmy, że wierzymy w Boga nie tylko przez 45 minut niedzielnej mszy, ale 24h/dobę. Dajmy Bogu naszą gotowość – On zajmie się resztą. I nie będzie nudno.

07 lut 2011

Po ostatniej wypowiedzi Benedykta XVI do członków Trybunału Roty Rzymskiej nt. małżeństwa, w wielu miejscach zawrzało. Papież upomniał duchownych, że zbyt mały nacisk kładą na kwestie prawne. Wiernym, pragnącym zawrzeć małżeństwo przypomniał, że należy się do niego odpowiedni przygotować i że nie jest ono dla każdego. Wywiązała się nawet ciekawa dyskusja nt. tego, jaka jest rola Kościoła w przygotowaniu małżeństwa i późniejsza odpowiedzialność za jego losy („Małżeństwo nie dla każdego?”).  W weekendowym wydaniu Gazety Olsztyńskiej ukazał się ciekawy wywiad z ks. dr Lucjanem Świto, wikariuszem sądowym z Metropolitalnego Sądu Archidiecezji Warmińskiej.

ślubne obrączki. foto: sxc.hu

W przemówieniu do członków Roty Rzymskiej Benedykt XVI zwrócił uwagę, że w czasie kursów przedmałżeńskich za mało mówi się o aspekcie prawnym tego sakramentu. Czy rzeczywiście wymagana jest znajomość prawa kanonicznego do tego, aby zawrzeć sakrament ślubu?

Oczywiście Kościół nie wymaga od wiernych do zawarcia sakramentu małżeństwa gruntownej znajomości prawa kanonicznego. Jednak w dzisiejszym świecie, w którym rodzina przeżywa wyraźny kryzys i gdzie lansowane są przeróżne modele życia we dwoje, Kościół musi jasno przypominać, czym jest małżeństwo chrześcijańskie. Ślub kościelny bowiem to coś więcej, niż piękna ceremonia. To szczególnego rodzaju umowa, w której narzeczeni w nieodwołalnym przymierzu przekazują sobie siebie nawzajem. Przed zgromadzoną rodziną i przyjaciółmi, a przede wszystkim przed sobą i przed Bogiem, uroczyście zobowiązują się, że będą się nawzajem kochać, że ich miłość będzie wierna i płodna, i że pomimo różnych trudności, które przyjdą, nie opuszczą siebie nigdy.

Jakie jest zadanie kursów przedmałżeńskich? Papież zarzucił wielu księżom, że traktują te kursy jako formalność, poprzedzającą realizację „naturalnego prawa osób do ślubu”.

Kursy przedmałżeńskie odgrywają ogromną rolę w przygotowaniu bezpośrednim do zawarcia małżeństwa. Powinny pomóc narzeczonym rozeznać podjęty wybór nowej drogi życia, wprowadzić w etykę odpowiedzialnego rodzicielstwa oraz pogłębić wiarę w tajemnicę włączenia narzeczonych w Boży plan zbawienia i uświęcenia.

Do polskich sądów biskupich rocznie trafia kilka tysięcy wniosków o orzeczenie nieważności małżeństwa. Ponoć bardzo wiele tych wniosków jest rozpatrywanych pozytywnie. Czy to oznacza, że polski Kościół złagodził zasady decydujące o unieważnieniu ślubu kościelnego?

Przede wszystkim Kościół „nie unieważnia ślubu”, lecz co najwyżej stwierdza (jeśli są dowody!), że nigdy go nie było. Niestety, w ostatnich latach do sądów kościelnych wpływa coraz więcej spraw o nieważność małżeństwa. Nie każda jednak sprawa ma szansę powodzenia. Sam fakt, że czyjeś małżeństwo rozpadło się i teraz strona pragnie na nowo uregulować swoje życie, nie jest żadnym argumentem za jego nieważnością. Sądy kościelne interesuje data zawarcia małżeństwa, to znaczy czy strony zawarły sakrament ważnie czy nieważnie? Jeśli nie ma poważnych argumentów i dowodów, to sprawy orzekane są negatywnie. W ubiegłym roku trybunał warmiński o nieważności małżeństwa orzekł jedynie w około 50-procentach spraw, które wpłynęły.

Jak wygląda procedura stwierdzania nieważności ślubu. W jakich okolicznościach dochodzi do tego i kto o tym decyduje?

O stwierdzeniu nieważności małżeństwa decydują fakty. Jeśli strony mają dowody, które wskazują, że w dacie ślubu nie doszło do zawarcia ważnej umowy małżeńskiej – bo np. strona była przymuszona do ślubu lub ukryła poważną chorobę psychiczną – to sądy kościelne orzekają nieważność takiej umowy małżeńskiej.

Słowa Benedykta XVI są jawną krytyką postępowania duchownych. W Polsce również kursy przedmałżeńskie zdarzają się być fikcją, trudno mówić, żeby przygotowywały w pełni do życia w małżeństwie. Czy czekają nas pod tym względem zmiany?

Kościół nie udziela sakramentów osobom nieprzygotowanym. Sakrament Pierwszej Komunii Świętej czy Bierzmowania poprzedzony jest roczną katechizacją, na przyjęcie sakramentu kapłaństwa potrzeba 6-letniej formacji seminaryjnej, natomiast od narzeczonych Kościół domaga się kursu przedmałżeńskiego. Fikcyjny kurs mija się z celem i nie przyniesie zamierzonego dobra dla narzeczonych. Przeglądając sprawy małżeńskie toczące się w sądzie kościelnym ze smutkiem stwierdzam, że gdyby przygotowanie bezpośrednie do małżeństwa było przeprowadzone solidnie i z zaangażowaniem narzeczonych, w wielu wypadkach nie doszłoby do lekkomyślnego ślubu i później tragedii życiowej związanej z rozpadem rodziny.

Czy Kościół jest współodpowiedzialny za pomyślność zawieranego małżeństwa?

Kościół wspiera narzeczonych i dostarcza im odpowiednich środków, aby w świat małżeński weszli jak najlepiej przygotowani. Jednak pomyślność małżeństwa zależeć będzie przede wszystkim od samych małżonków – na ile chcą wejść w świat małżeński dobrze przygotowani i czy będą współpracowali z łaską Bożą.

Co Kościół może zaoferować narzeczonym?

Oprócz tradycyjnych kursów przedmałżeńskich organizowanych w parafiach z udziałem duchownych i różnych specjalistów świeckich, pojawiają się nowe formy bezpośredniego przygotowania do małżeństwa. np. w Archidiecezji Warmińskiej ciekawą ofertę warsztatowo-psychologiczną dla narzeczonych prowadzi parafia św. Franciszka w Kortowie, czy nowo powstałe Stowarzyszenie „Persona Humana”, które swoją siedzibę ma przy parafii Chrystusa Odkupiciela Człowieka w Olsztynie. Organizowane są też weekendy dla narzeczonych, podczas których kandydaci do małżeństwa mogą lepiej się poznać.

Jaka jest rola świeckich w przygotowaniu innych do małżeństwa?

Od świeckich, zwłaszcza psychologów, terapeutów czy lekarzy, oczekuje się wiedzy specjalistycznej. Jednak w przygotowaniu do małżeństwa niezastąpieni są sami małżonkowie, którzy mogą podzielić się tym, co najważniejsze – świadectwem swojego małżeńskiego życia.

Rozmawiał Tomasz Boenke

Ślub to nie finał - to początek pięknej historii

17 gru 2010

Adwent, z łaciny adventus , to czas oczekiwania. Rozglądając się wokół, mogę powiedzieć, że to na pewno czas szczególny – zatłoczone chodniki, ruch w sklepach, rekolekcje w kościołach – tylko na kogo tak naprawdę czekamy?

W liturgii Kościoła adwent obdarzony jest świetną symboliką. Najbardziej podoba mi się adwentowy wieniec. Cztery przystrojone świece, z których każda zapalana jest w kolejną niedzielę adwentu. Najpierw jedna, potem dwie, trzy, aż w końcu 4 świece. Wieniec pokazuje mi, że szykuje się coś wielkiego, ale nie od razu, nie wszystko na raz. Tajemnica, na którą czekamy odsłaniana jest powoli, z pewnym dostojeństwem. Można powiedzieć, że to literacki zabieg, przez które Kościół buduje napięcie. Coś w tym jest. Nie chodzi rzecz jasna o samo napięcie i emocje, ale o przygotowanie. Na wszystko potrzeba czasu. Gdyby Boże Narodzenie przyszło do nas ot tak, z dnia na dzień, moglibyśmy je przegapić – a na pewno, nie bylibyśmy na nie przygotowani. Chociaż… teraz jesteśmy?

Jak dzieci

Jezus często powtarzał swoim uczniom, że powinni być jak dzieci. Oczywiście nie chciał, żeby byli dziecinni i niedojrzali. Chodziło Mu raczej o to, żebyśmy pokładali w Nim taką ufność, jaką małe dziecko pokłada w rodzicach. W oczekiwaniu na Święta warto obudzić w sobie trochę z dziecka. Małe dzieci nie mogą doczekać się Wigilii i prezentów. Już na kilka dni przed chodzą podekscytowane w oczekiwaniu na ten szczególny moment, przygotowują się. W dniu Wigilii nie potrafią usiedzieć na miejscu, a gdy już przyjdzie czas wręczania prezentów – są szczęśliwe jak nigdy. Nie namawiam nikogo, żeby porzucił swoje obowiązki i czekał w ekscytacji na Boże Narodzenie. Ale warto odkryć w sobie tą dziecięcą ufność Jezusowi – w dar Jego narodzin. Choćby po to, żeby móc autentycznie przeżyć wówczas wielką radość. Ktoś powie, że to niemożliwe – „my dorośli, nie potrafimy już cieszyć sie z nadejścia ważnych spraw”. Tak? To popatrzcie, jak kobiety przygotowują się do własnego ślubu. Obserwuje na co dzień niekończące się rozmowy o sukniach, bukietach, butach, torebkach, zaproszeniach, itd.  Każdy najmniejszy szczegół ślubu i wesela omówiony jest co najmniej sto razy, skonsultowany z kilkoma koleżankami, a czasem nawet z przyszłym mężem. A ten wybuch radości, gdy dziewczyna w końcu znajdzie wymarzoną suknię! Potrafimy się cieszyć z takich spraw – nauczmy się więc cieszyć z tych jeszcze ważniejszych.

Święty Mikołaj

Mikołaj z Coca-Coli

Gdy tylko na cmentarzach zgasły ostatnie znicze po Święcie Wszystkich Świętych, zaczęła rozprzestrzeniać się magia Świąt Bożego Narodzenia. W grudniu jest jej już tak dużo, że mi osobiście bardzo ciężko jest się przez nią przebić i swobodnie oddychać. Biskupa z Miry, św. Mikołaja, zastąpił wielki krasnal od Coca-Coli, który nie zważając na sporą nadwagę męczy Bogu ducha winne renifery i lata po całym świecie, od czasu do czasu wciskając się ludziom przez komin do mieszkań. Dziś świat czeka na niego. Czekają na niego handlowcy, bo świąteczny czas to największa prosperita w ciągu całego roku. Czekają dzieci, bo otoczone (otumanione?) „magią świąt” myślą głównie o prezentach. Czekają dorośli, bo miło jest się spotkać z rodziną (przeważnie), a sprawić radość swojemu dziecku wymarzoną zabawką – to bezcenne. Tylko czegoś brakuje. A właściwie Kogoś. Święta Bożego Narodzenia to wspomnienie narodzin Jezusa. A jednocześnie to przygotowanie na Jego powtórne przyjście. Tak, tak, na powtórne przyjście. Ale wówczas nie pojawi się w stajence, nie będzie małym, płaczącym dzieckiem otoczonym siankiem i zwierzętami. Przyjdzie jako Król i zobaczy, kto na Niego czekał. Na kogo czekacie?

Polecam:

Ks. Piotr Pawlukiewicz – o Adwencie (1 z 3)

Ks. Piotr Pawlukiewicz – o Adwencie (2 z 3)

Ks. Piotr Pawlukiewicz – o Adwencie (3 z 3)

Blog Bartosza Orlińskiego – zapnijcie pasy: będzie się działo…

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.