24 gru 2011

Dawno nie aktualizowałem swojego bloga. Muszę przyznać, że odkąd zająłem się nowym projektem – Warmińsko-Mazurskim Serwisem Religijnym Wiara WM, nie mam za bardzo czasu na pisanie tekstów specjalnie z myślą o blogu. Piszę więcej niż kiedyś, ale wszystkie artykuły lądują na serwisie Wiara WM i czasem w naszej Gazecie Olsztyńskiej.

 

O blogu jednak nie zapomniałem i mam zamiar powrócić do jego regularnego prowadzenia od Nowego Roku. A korzystając z okazji, chciałbym życzyć Wszystkim szczęśliwego przeżywania Świąt Bożego Narodzenia. Przede wszystkim, aby te Święta były uduchowione – niech skłonią nas do refleksji, zasieją w duszy zbawienny niepokój, który zmobilizuje nas do działania. Tak jak kiedyś Jezus odmienił Świat swoim narodzeniem, tak i teraz niech odmieni nasze życie.

 

 

15 paź 2011

Dawno tu nie zaglądałem. Z różnych powodów – przede wszystkim brak dostatecznej ilości wolnego czasu, a także zaangażowanie w nowy projekt – regionalny serwis religijny Wiara WM. Zachęcam do odwiedzin na stronie. Codziennie staramy się zapewnić Wszystkim Internautom porcję świeżych informacji. Na wspomnianym portalu ukazał się też mój ostatni felieton, który przeczytać możecie na łamach Gazety Olsztyńskiej (wydanie 15-16 października 2011). Tutaj zamieszczam tekst, który ukazał się w gazecie. Na serwisie Wiara WM znajduje się wersja rozszerzona mojego powyborczego komentarza.

 

Wyniki wyborów parlamentarnych obnażyły słabość wielu środowisk, a przede wszystkim całego polskiego społeczeństwa. Niska frekwencja, kuriozalne postacie z poselskimi mandatami i niepewność co do kształtu polityki wewnętrznej rządu przez najbliższe 4 lata.

Na wstępie chcę zaznaczyć, że niniejszy tekst jest niczym więcej, jak tylko prywatną opinią autora i każdy może mieć inne zdanie. Tegoroczna kampania wyborcza była jeszcze bardziej intensywna i zaskakująca niż poprzednie. Fakt, dało się zauważyć mniejszą liczbę „chwytów poniżej pasa”, co można uznać za pewną poprawę w naszej kulturze politycznej. Nie udało się przeforsować zakazu wyborczej reklamy na wielkoformatowych billboardach, co wg mnie było świetnym pomysłem. Dlaczego? Bo wbrew temu, co mówi większość ludzi, że oblepienie całego miasta plakatami i wizerunki kandydatów wyskakujące nawet z otwieranej lodówki nie działają na nich, a wyboru dokonują kierując się efektem konfrontacji własnych poglądów z tymi partyjnymi, gdy przychodzi do głosowania często wybierają tę partię/kandydata, który najbardziej zapadł im w pamięć. Na szczęście nie sprawdziła sie zasada „Nie ważne jak mówią, ważne, że w ogóle mówią”: kandydatka SLD Katarzyna Lenart stała się hitem Internetu robiąc wyborczy striptiz, a jej kolega Łukasz Naczas niemal dorównał jej popularnością po tym, jak „zabłysnął” w wywiadzie, jaki przeprowadził z nim Robert Mazurek z Rzeczpospolitej. Oboje muszą swoje parlamentarne ambicje uciszyć na najbliższe 4 lata.

Słabość goni słabość

Tak niska frekwencja jest pewnym zaskoczeniem. Wydawać by się mogło, że przy gigantycznym nasyceniu wszystkich możliwych mediów kampanią wyborczą, ludzie udadzą sie do urn. Jedni obiecywali raj na ziemi, inni straszyli totalitaryzmem – nie pomogło. Mniej niż połowa uprawnionych zechciała zagłosować. Z jednej strony to pozytywne o tyle, że jeśli ktoś nie ma wyrobionych poglądów politycznych i miałby zagłosować na tego, kogo najczęściej w TV pokazują – to dobrze, że nie głosuje. Z drugiej – świadczy o niskiej kulturze politycznej w naszym kraju i jest błyskającą lampką alarmową: polskiej demokracji potrzeba zmian! W takim kształcie, jak mamy dziś, nie sprawdza się najlepiej.

Słabość pokazała polska lewica, co mnie akurat specjalnie nie martwi. Grzegorz Napieralski , przekonujący jak nieprzygotowany uczeń na egzaminie maturalnym, próbował zawojować wyborców obietnicą bezpłatnych wejściówek do teatrów dla emerytów. Oferta w prawdzie kusząca, ale nie wiedzieć czemu, wyborców nie przekonała. Mówiąc poważnie, porażka Napieralskiego nie była zaskoczeniem – nie jest liderem i mimo wielkich starań jeszcze długo nim nie będzie. Z wielką trudnością przekonywał do siebie partyjnych kolegów, więc nie ma mowy, żeby pod jego wodzą SLD cokolwiek zwojowało. Grzegorz zapowiedział, że rezygnuje. Trochę szkoda, bo był gwarancją słabego SLD.

Część wyborców o lewicowych poglądach lub ich zupełnym braku, która wcześniej wspierała Sojusz i czasem PO, zagłosowała na partię Janusza Palikota. Dla mnie to totalny brak odpowiedzialności za Państwo, którą to odpowiedzialność przecież bierze się na siebie podczas wyborów. Do Sejmu, jako trzecia siła dostała się partia nie tyle lewicowa, co lewacka. Jak będą wyglądały jej działania pokazał już sam lider, który niegdyś słynął z wymachiwania gumowym penisem, a teraz próbuje uszczęśliwić Polaków usunięciem krzyża z Sejmu. Genialnie skwitował to Franciszek Kucharczak „A właściwie z czego to wynika, że nie może być krzyża tam, gdzie się uchwala ustawy? Jeśli Palikot planuje uchwalać ustawy niegodne krzyża, to problem jest po stronie Palikota – nie krzyża.” Program Ruchu Poparcia nie powala na kolana, bo prócz otwartej wojny z Kościołem, posiada same puste slogany. To rzeczywiście ewenement, że w roku beatyfikacji Jana Pawła II, w trakcie Tygodnia Papieskiego, w Polsce takie poparcie uzyskuje partia chcąca zwalczać Kościół. Zakładam jednak, że spora część jej wyborców to ludzie nie mający zielonego pojęcia o programie politycznym, zwabieni obietnicą legalizacji marihuany.

Problem prawicy

Mówi się o porażce prawicy w tych wyborach, ale 30% poparcia PiS to nie jest druzgocący wynik. Problem leży gdzie indziej – polska prawica na nowo potrzebuje właściwego sformatowania. PiS-u po prostu nie stać na dużo lepszy wynik. Jarosław Kaczyński jest przedstawiany przez mainstreamowe media negatywnie. Nawet jego udział w programie Tomasza Lisa, w którym  były premier zmiażdżył dziennikarza, próbującego sił w swych nieudolnych atakach, zostało przysłonięte fragmentem z nowej książki Kaczyńskiego. Jednym słowem – PiS z Jarosławem Kaczyńskim nie ma przyszłości i im szybciej politycy to zrozumieją, tym lepiej. Problem z tą partią jest taki, że wielu widzi w niej nadzieję polskiej prawicy, podczas gdy ona nie do końca chce realizować prawicowy program. Hasła w stylu „3 miliony mieszkań” to lewicowa propaganda. PiS chce państwa opiekuńczego. To zapatrzenie w partię Kaczyńskiego szkodzi całej prawicy, bo zamyka drogę tym, którzy w swoich poglądach są radykalni i konsekwentni – Marek Jurek, JKM czy PJN. Była szansa stworzenia jednego ugrupowania łączącego trzy wspomniane – niestety – nie udało się. To kolejny problem prawej strony sceny politycznej – w polityce liczy się skuteczność. Trwanie przy swoim bez skłonności do choćby minimalnych kompromisów sprawia, że konserwatywna prawica pozostaje poza Parlamentem, a zasiadają w nim ludzie, których największym zmartwieniem jest krzyż na sali.

25 sie 2011

Pomimo, że Bóg dał nam wiarę i rozum, wielu z nas odrzuca jeden z Jego darów. A trzeba pamiętać, że rozum bez wiary jest często głupotą, a wiara bez rozumu – szaleństwem.
Karmiąc się tym, co serwują nam mainstreamowe media, możemy otrzymać obraz Kościoła, po którym każdy dostałby niestrawności. Z telewizji dowiemy się, że cały polski Kościół kręci się wokół postaci o. Rydzyka lub ks. Natanka. Przeglądając w niedzielny poranek portal Onet.pl możemy emocjonować się historiami z życia wziętymi, w których kolejna blogerka nie może zrozumieć, dlaczego zły ksiądz nie chce ochrzcić jej dziecka, skoro ona jest wierzącą katoliczką, a to, że żyje z facetem bez ślubu i nie uczestniczy w mszach świętych nie ma przecież żadnego znaczenia. Chcąc oderwać się od tego, możemy otworzyć Wprost albo Politykę, ale tam w co drugim tekście porady „naprawiaczy” Kościoła, którzy mają receptę na to, jak go uzdrowić. Lekiem zazwyczaj jest aborcja, zniesienie celibatu, akceptacja in vitro lub związków homoseksualnych. Wreszcie otwierając Gazetę Wyborczą trafiamy na teksty naczelnej komentatorki polskiego Kościoła – Kasi Wiśniewskiej, która z precyzją godną strzelca wyborowego punktuje każde potknięcie Episkopatu i katolickich publicystów. Wtedy zaczynamy się zastanawiać: czy Kościół ma w ogóle sens? Czy nakazy i zakazy moralne są nam jeszcze do czegoś potrzebne?

Sedno sprawy
Jaki sens ma czekanie z seksem do ślubu? Można podać wiele argumentów – budowanie głębszej relacji, zaufanie, itd. ale nie ma takiego, którego nie można podważyć. Oprócz jednego. A w ogóle po co nam ślubu? Czy miłość sama nie wystarczy? Jaki sens ma spowiadanie się ze swoich grzechów przed mniej lub bardziej nieznanym nam mężczyzną? Dobrze, żeby ktoś spojrzał na nasze życie z innej perspektywy, żeby ktoś pokazał nam to, czego sami nie widzimy… te wszystkie argumenty można łatwo zbić. Oprócz jednego. Dlaczego patrząc na Kościół mamy czasem wrażenie, że to wszystko bez sensu? Czegoś brakuje, a właściwie Kogoś. Mówiąc o Kościele, myśląc o nim, kłócąc się o niego coraz częściej zapominamy o Jezusie. On jest „sednem sprawy”. To właśnie Chrystus sprawia, że warto, że wiara ma sens. Trzeba nam żyć w czystości, bo tak powiedział Jezus. Trzeba stawać w prawdzie o sobie i wyznawać swoje grzechy, bo tak powiedział Jezus, który dał także władzę odpuszczania tych grzechów Apostołom i ich następcom. Chcąc żyć tak, jak mówił Jezus i jak teraz przypomina nam Kościół, trzeba się skupić na Nim. Na osobowej relacji, którą tworzy się w ciszy, na kolanach przed Najświętszym Sakramentem. Czystość, wierność, odwaga do świadczenia o Bogu to owoce naszej relacji z Jezusem. Bo to nie nasza zasługa, że udaje nam się żyć tak, jak Bóg przykazał. To Jego łaska. Sobotnia Ewangelia daje nam klarowną odpowiedź na to, jak patrzeć na Kościół, zwłaszcza w kontekście tego, jaki obraz serwują nam mainstreamowe media. „Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie.” Pamiętajmy, że księża nie głoszą swoich prywatnych nauk. Są sługami Słowa i takimi samymi ludźmi, jak my. A to znaczy, że również oni mają swoje słabości. I dobrze wiemy, że nie wszyscy żyją zgodnie z tym, co mówią. Ale wiemy też, że nie to jest najważniejsze. I nawet gdy oni nie dotrzymują słowa, my powinniśmy go dotrzymać. Bo tego chce od nas Bóg. Nawet wśród Apostołów, którzy na co dzień byli przy Jezusie, znaleźli się złodziej, tchórze i zdrajcy. Ale właśnie takich ludzi wybiera sobie Bóg na swoich posłanników.

Kluczowy moment
W niedzielnej Ewangelii usłyszymy pytanie „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?” Za kogo Go uważam? Za mojego Zbawiciela, za Mistrza którego chcę naśladować? A może jest dla nas kimś odległym, rozmytym. Kimś, o kim słyszymy raz w tygodniu w Kościele i nic więcej. Apostołowie udzielają Chrystusowi różnych odpowiedzi, a wszystkie one mają w sobie ukrytą nadzieję. Nadzieję na przemianę życia – taką autentyczną, fizyczną. Ludzie nie wiedzieli dokładnie, kim jest Jezus, ale czuli, że teraz w ich życiu coś się zmieni. Ale Jezus pytał dalej, bo pomimo że ta nadzieja miała dobre intencje, nie była zgodna z planem Boga. Dopiero Piotr daje Mu przełomową odpowiedź. Przełomową, bo odkrywającą prawdziwe zadanie i misję Jezusa na Ziemi „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. Piotr nie kombinował, powiedział szczerze to, co czuł w swoim sercu. I dopiero na tej odpowiedzi, na takiej podstawie my możemy budować swoją relację z Jezusem i swój obraz Kościoła. Dopiero, gdy w sercu szczerze odkryjemy kim jest Chrystus, zaczniemy patrzeć na wszystko przez pryzmat wiary. Bez Niego, bez relacji z Nim, Kościół będzie nas drażnił, a w naszych głowach powstanie obraz świata rodem z artykułów Kasi Wiśniewskiej. Prawdziwego i szczerego poznania Boga, zachwycenia się Jezusem życzę Wszystkim. Pani Kasi także.

11 sie 2011

Przeczytałem niedawno, że 25% katolików na zachodzie Europy wierzy w reinkarnację. Mix może opłaca się w przypadku telefonów komórkowych, ale w kwestii wiary – nigdy. Pan Bóg nie lubi konkurować z czerwonymi wstążeczkami.

Wiecie co to nicejsko-konstantynopolitańskie wyznanie wiary? Wiecie, bo wyznajemy je podczas każdej niedzielnej mszy świętej. To popularne credo, czyli esencja naszej wiary katolickiej. Niektórzy traktują je jak długą i nudną modlitwę, nie wgłębiając się w samą treść. Błąd! Credo jest jakby streszczeniem całej naszej wiary. Gdyby ktoś zapytał mnie „w co wierzysz?”, chcąc dać pełną odpowiedź, odpowiedziałbym właśnie słowami credo. Niestety coraz więcej katolików z różnych powodów opuszcza niektóre elementy swojej wiary, a czasem dodają zupełnie nowe. I nie mam tu na myśli tego, że wprowadzają zamęt recytując to podczas mszy. Wprowadzają go w swoim życiu.

Postanowione ludziom raz umrzeć

Tak, żyjemy raz i umieramy też tylko raz. Jednak coraz więcej wierzących przyjmuje elementy religii wschodnich, przede wszystkim wiarę w reinkarnację. Co więcej, starają się nawet udowodnić, że nie jest ona sprzeczna z Nauczaniem Kościoła. I powstaje „mix”, mieszanka różnych religii, w której powoli zatraca się najważniejsze elementy. Zwolennicy reinkarnacji wierzą, że po śmierci dusza może powrócić na ziemię w innym ciele. W Indiach ta wiara sprawdza się przy utrzymywaniu podziałów kastowych. Ci najbardziej uciśnieni, zamiast próbować zmienić swój los słyszą, że powinni go przyjąć z pokorą, bo jeśli „sprawdzą się” jako biedacy, w kolejnym życiu będą w wyższej kaście. Jak to się ma do wiary katolickiej? Nijak – dusza ludzka jest nieśmiertelna i stwarzana bezpośrednio przez Boga. Dziecko, które się pocznie nie jest kolejnym wcieleniem – jest nowym dzieckiem Boga, bo On sam ukształtował jego duszę. Wiara w reinkarnację jest bardzo zwodnicza. Idea samozbawienia to iście szatańskie dzieło. Bo do tego to się sprowadza: „mam żyć dobrze w każdym życiu, piąć się wyżej i wyżej, aż w końcu osiągnę swoje zbawienie – nirwanę.” I na pierwszy rzut oka nie ma w tym nic złego, bo przecież każdy chciałby żyć dobrze, katolik przede wszystkim. Ale Zbawienie nie jest naszym dziełem, ani naszym dokonaniem, na który sobie zasłużymy odpowiednim życiem. Jest Darem Boga, na który sobie w żadnym stopniu nie zasłużyliśmy. Pragnijmy Jezusa, a nie pogańskiej nirwany.

 

Czerwona kokardka

Wiele pogańskich elementów możemy zauważyć w życiu katolików na co dzień. Macierzyństwo to piękna sprawa, ale szalenie trudna, zwłaszcza w okresie ciąży. Bo przecież mama, która nosi w swoim łonie dziecko, musi uważać. Choćby na to, aby nie farbować włosów, bo dziecko będzie rude (i co w tym złego?), pod żadnym pozorem nie wolno jej nosić łańcuszka na szyi – grozi to zaplątaniem się dziecka w pępowinę. Całe szczęście, że przynajmniej taka mama nie będzie podczas ciąży naczyń zmywała. Oczywiście dlatego, że mogłaby pochlapać sobie brzuch wodą, a to, jak powszechnie wiadomo, spowoduje alkoholizm u dziecka. Naprawdę czujnym trzeba jednak być po urodzeniu malucha, gdy przychodzi nam go ochrzcić. Chrzest – ważny i piękny sakrament, w którym wierzący rodzice proszę o przyjęcie ich dziecka do społeczności Kościoła. A co drugi wózek, nawet w kościele, ozdobiony czerwoną kokardką. Bynajmniej nie z powodów estetycznych. Ma uchronić dziecko przed „złymi spojrzeniami” czymkolwiek one są. Jak to się mówi „strzeżonego Pan Bóg strzeże!”. Bóg? Ciekawe, skąd to zaufanie do Boga? Wydaje mi się, że niektórzy bardziej ufają kawałkowi czerwonej wstążki, niż Stwórcy. „Panie Boże, wierzę Tobie, ale jakbyś nie dał rady, to na wszelki wypadek jeszcze się zabezpieczę”. Tymczasem Bóg chce od nas całkowitego zawierzenia. Po to, żebyśmy mogli być w Nim szczęśliwi. Te niepozorne kokardki czy monety wsadzane do dziecięcych kołysek nie są błahą sprawą. Są świadectwem naszej wiary – nienajlepszym świadectwem. Co więcej, wiele osób mówi, że „to nie zaszkodzi”. Zaszkodzi, oj zaszkodzi. Bo jeśli nie zwracamy się o pomoc do Boga, tylko do jakichś nieznanych „wstążeczkowych” sił, to świadomie czy nie, otwieramy się na działanie szatana.

Wiara pokorna, nie pyszna

W sytuacjach, w których próbujemy mieszać wiarę katolicką z pogańskimi zwyczajami czy systemami filozoficznymi, pojawia się zarzut, że my – katolicy, uważamy swoją wiarę za lepszą od innych, za prawdziwą, podczas gdy wszystkie inne są błędne. Czy taka postawa to pycha? Łatwo może się nią stać, gdy zaczniemy patrzeć na innych z góry, z postawy „lepszych ludzi”. Ale pamiętajmy, że wiara jest łaską i bez niej nic byśmy nie zrobili. To Pan Bóg pozwala nam być przy Sobie, a nie odwrotnie. A jak podchodzić do innych wyznań, religii czy choćby ich elementów przesiąkających do naszej wiary? Pokornie, ale twardo. Pełnia prawdy i pełnia środków potrzebnych do Zbawienia jest w Kościele Katolickim. W innych wyznaniach są cząstki prawdy, którymi Bóg chce przyprowadzić do siebie również wyznawców tych religii. Dlatego my powinniśmy całym swoim życiem świadczyć o Prawdzie, którą Bóg nas obdarował, żyć nią, aby inni mogli ją w nas dostrzec. W Boga nie można tylko wierzyć. Najważniejsze, to Mu wierzyć. Mu, a nie czerwonej wstążce.

18 kwi 2011

Wszyscy kiedyś umrzemy, lecz nie wszyscy wiedzą jak żyć – powiedział William Wallace w „Walecznym Sercu”. Zdanie to jest ciągle aktualne, a uderza przede wszystkim w dzisiejszych mężczyzn. Bo znaleźć ich w Kościele jest coraz trudniej.

Od dawna słyszymy o kryzysie męskości. W dużej mierze sami sobie ten kryzys zafundowaliśmy. Wystarczy wsłuchać się w środowiska feministyczne, które „z urzędu” narzekając na mężczyzn i na ich współczesne zniewieścienie piętnują jednocześnie typowe męskie cechy, uznając je za prymitywne bądź szowinistyczne. Ale nie zamierzam skupiać się na feministkach i na tym, co mówią – ten tekst ma być poświęcony nam, mężczyznom.

Babcia różańcowa

Mało mężczyzn aktywnie uczestniczy w życiu Kościoła. Wielu nie potrafi dostrzec dla siebie w nim miejsca – bo albo ksiądz za ołtarzem, albo kobiety w ławkach –a  ja? To stereotypowe myślenie, często spotykane u osób, które swoją parafię odwiedzają tylko w czasie pasterki lub podczas święcenia pokarmów w Wielką Sobotę.  „W tym kościele nic się nie dzieje – ciągle tylko Jezus się rodzi, albo jajka święcimy” – mówią później. Stereotypy o Kościele zakładają nam klapki na oczy, sprawiają, że widzimy w nim jedynie (z całym szacunkiem) babcie różańcowe albo starsze małżeństwa. A gdzie miejsce dla nas? Ono jest, tylko powinniśmy zrobić pierwszy krok, musimy sami rozejrzeć się wokół. Mężczyzna nie może iść ciągle prowadzony za rączkę – Pan Bóg nie chce w nas widzieć nieporadnych dzieci. On potrzebuje mężczyzn!

Wstąp na rydwan

Początki chrześcijaństwa przyciągały mężczyzn. Wierzyć, oznaczało porzucić to, co bezpieczne wypłynąć na głębię. Wierzyć znaczyło wystąpić w gronie nielicznych przeciwko całemu społeczeństwu, a to często kończyło się pod katowskim mieczem albo na arenie, wśród dzikich zwierząt. Ale Bóg wiedział, co robi i wiedział kogo powołuje. Do wszystkich mężczyzn skierował Słowa „Bohaterze, przypasz do biodra swój miecz, swą chlubę i ozdobę! Szczęśliwie wstąp na rydwan…” [Ps 45,4] Ci ludzie walczyli o prawdziwą wolność, jaką przyniósł im Jezus. A o wolność właśnie tak się walczy. Również teraz. Wezwanie Boga, żeby odważnie wejść w Świat z wiarą nie straciło na aktualności. A jednak ze względu na uwarunkowania kulturowe efekt zmizerniał. Głównie dlatego, że chrześcijaństwo stało się religią dominującą i wiara nie wiązała się już z tak spektakularną, zewnętrzną odwagą. Ale myli się ten, kto sądzi, że do dzisiejszej wiary nie potrzeba odwagi. Potrzeba i to bardzo wiele. Śmiem twierdzić, że dawno nie było ludziom tak ciężko wierzyć, jak w dzisiejszych latach. O odwadze genialnie napisał Gilbert Keith Chesterton: „Odwaga jest sprzecznością niemal w założeniu. Oznacza silne pragnienie życia, przybierające formę gotowości na śmierć. << Kto straci swe życie, znajdzie je >>, to nie kawałek mistycyzmu dla świętych i herosów! To codzienna rada dla żeglarzy i alpinistów. Powinna być wydrukowana w przewodnikach po Alpach albo w książce treningowej. Paradoksem jest sama zasada odwagi, nawet całkiem ziemskiej i całkiem brutalnej. Człowiek odcięty przez morze zdoła uratować życie, jeśli zaryzykuje przejście nad przepaścią. Może wymknąć się śmierci, posuwając się nad nią cal po calu. Żołnierz otoczony przez wroga, jeśli ma znaleźć drogę ucieczki, musi połączyć silne pragnienie przeżycia z dziwaczną beztroską wobec śmierci. Nie może tylko trzymać się życia, bo wtedy będzie tchórzem i nie ucieknie. Nie może tylko czekać na śmierć, bo wtedy będzie samobójcą i nie ucieknie. Musi szukać życia w duchu szalonej obojętności na nie; musi pragnąć życia jak wody, a jednak pić śmierć jak wino.”

Tragedia mężczyzn

Tego chce od nas Bóg – żebyśmy walcząc o Życie Wieczne byli gotowi poświęcić nasze doczesne. Nie tyle dosłownie, chociaż takie sytuacje też się zdarzają. Ale przede wszystkim, żebyśmy potrafili żyć dla Boga. Podjąć męską decyzję „Tak, wierzę w Ciebie Boże, wierzę Tobie Boże i powierzam Ci swoje żyje”. To ta decyzja, powtarzana później na każdym rozdrożu, otwiera nam drogę do wielkiej przygody, jaką ma dla nas Bóg. Przygody, na której zmierzymy się ze swoimi słabościami, stoczymy bitwę z tym, co nas najbardziej przeraża i uratujemy Piękną. Proste? Nie, to nigdy nie było, nie jest i nie będzie prostą sprawą. Dlatego tak wielu mężczyzn zatrzymuje się na tym etapie. Nie potrafimy bez asekuranctwa podjąć decyzji „Tak Panie Boże, wchodzę w to!”. I zaczyna w nas coś umierać. To największa tragedia mężczyzny, gdy on żyje, a jednak coś w nim umiera… Jego życie schodzi wtedy z dynamicznego centrum na spokojne przedmieścia, pojawia się rutyna i poczucie tęsknoty za czymś bliżej nieokreślonym. Oglądamy filmowych bohaterów takich jak William Wallace z „Walecznego Serca” czy Maximus z „Gladiatora” i zazdrościmy im przygód, odwagi, zazdrościmy im tego, że potrafią położyć na szali swoje życie, w walce do dobrą sprawę. Patrzymy w telewizor, a przygoda i wyzwania przygotowane przez Boga, czekają obok…

Nasze zadanie

Pan Bóg nie chce, żebyśmy ograniczali sie do niedzielnej mszy świętej. Przygotował dla nas o wiele więcej. Ale od czegoś trzeba zacząć, a przede wszystkim, skądś trzeba czerpać siły. Tym źródłem, przygotowanym dla nas przez samego Jezusa jest właśnie Eucharystia. Nie można walczyć dla Jezusa, nie czerpiąc z Niego samego. Mężczyzna przyjdzie do kościoła o wiele chętniej, gdy zobaczy tam innych mężczyzn. Stąd duże zadanie dla nas, świeckich – bądźmy w Kościele, pokażmy że jesteśmy. Pokażmy, że wierzymy w Boga nie tylko przez 45 minut niedzielnej mszy, ale 24h/dobę. Dajmy Bogu naszą gotowość – On zajmie się resztą. I nie będzie nudno.

Blog Bartosza Orlińskiego – zapnijcie pasy: będzie się działo…

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.