25 sie 2011

Pomimo, że Bóg dał nam wiarę i rozum, wielu z nas odrzuca jeden z Jego darów. A trzeba pamiętać, że rozum bez wiary jest często głupotą, a wiara bez rozumu – szaleństwem.
Karmiąc się tym, co serwują nam mainstreamowe media, możemy otrzymać obraz Kościoła, po którym każdy dostałby niestrawności. Z telewizji dowiemy się, że cały polski Kościół kręci się wokół postaci o. Rydzyka lub ks. Natanka. Przeglądając w niedzielny poranek portal Onet.pl możemy emocjonować się historiami z życia wziętymi, w których kolejna blogerka nie może zrozumieć, dlaczego zły ksiądz nie chce ochrzcić jej dziecka, skoro ona jest wierzącą katoliczką, a to, że żyje z facetem bez ślubu i nie uczestniczy w mszach świętych nie ma przecież żadnego znaczenia. Chcąc oderwać się od tego, możemy otworzyć Wprost albo Politykę, ale tam w co drugim tekście porady „naprawiaczy” Kościoła, którzy mają receptę na to, jak go uzdrowić. Lekiem zazwyczaj jest aborcja, zniesienie celibatu, akceptacja in vitro lub związków homoseksualnych. Wreszcie otwierając Gazetę Wyborczą trafiamy na teksty naczelnej komentatorki polskiego Kościoła – Kasi Wiśniewskiej, która z precyzją godną strzelca wyborowego punktuje każde potknięcie Episkopatu i katolickich publicystów. Wtedy zaczynamy się zastanawiać: czy Kościół ma w ogóle sens? Czy nakazy i zakazy moralne są nam jeszcze do czegoś potrzebne?

Sedno sprawy
Jaki sens ma czekanie z seksem do ślubu? Można podać wiele argumentów – budowanie głębszej relacji, zaufanie, itd. ale nie ma takiego, którego nie można podważyć. Oprócz jednego. A w ogóle po co nam ślubu? Czy miłość sama nie wystarczy? Jaki sens ma spowiadanie się ze swoich grzechów przed mniej lub bardziej nieznanym nam mężczyzną? Dobrze, żeby ktoś spojrzał na nasze życie z innej perspektywy, żeby ktoś pokazał nam to, czego sami nie widzimy… te wszystkie argumenty można łatwo zbić. Oprócz jednego. Dlaczego patrząc na Kościół mamy czasem wrażenie, że to wszystko bez sensu? Czegoś brakuje, a właściwie Kogoś. Mówiąc o Kościele, myśląc o nim, kłócąc się o niego coraz częściej zapominamy o Jezusie. On jest „sednem sprawy”. To właśnie Chrystus sprawia, że warto, że wiara ma sens. Trzeba nam żyć w czystości, bo tak powiedział Jezus. Trzeba stawać w prawdzie o sobie i wyznawać swoje grzechy, bo tak powiedział Jezus, który dał także władzę odpuszczania tych grzechów Apostołom i ich następcom. Chcąc żyć tak, jak mówił Jezus i jak teraz przypomina nam Kościół, trzeba się skupić na Nim. Na osobowej relacji, którą tworzy się w ciszy, na kolanach przed Najświętszym Sakramentem. Czystość, wierność, odwaga do świadczenia o Bogu to owoce naszej relacji z Jezusem. Bo to nie nasza zasługa, że udaje nam się żyć tak, jak Bóg przykazał. To Jego łaska. Sobotnia Ewangelia daje nam klarowną odpowiedź na to, jak patrzeć na Kościół, zwłaszcza w kontekście tego, jaki obraz serwują nam mainstreamowe media. „Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie.” Pamiętajmy, że księża nie głoszą swoich prywatnych nauk. Są sługami Słowa i takimi samymi ludźmi, jak my. A to znaczy, że również oni mają swoje słabości. I dobrze wiemy, że nie wszyscy żyją zgodnie z tym, co mówią. Ale wiemy też, że nie to jest najważniejsze. I nawet gdy oni nie dotrzymują słowa, my powinniśmy go dotrzymać. Bo tego chce od nas Bóg. Nawet wśród Apostołów, którzy na co dzień byli przy Jezusie, znaleźli się złodziej, tchórze i zdrajcy. Ale właśnie takich ludzi wybiera sobie Bóg na swoich posłanników.

Kluczowy moment
W niedzielnej Ewangelii usłyszymy pytanie „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?” Za kogo Go uważam? Za mojego Zbawiciela, za Mistrza którego chcę naśladować? A może jest dla nas kimś odległym, rozmytym. Kimś, o kim słyszymy raz w tygodniu w Kościele i nic więcej. Apostołowie udzielają Chrystusowi różnych odpowiedzi, a wszystkie one mają w sobie ukrytą nadzieję. Nadzieję na przemianę życia – taką autentyczną, fizyczną. Ludzie nie wiedzieli dokładnie, kim jest Jezus, ale czuli, że teraz w ich życiu coś się zmieni. Ale Jezus pytał dalej, bo pomimo że ta nadzieja miała dobre intencje, nie była zgodna z planem Boga. Dopiero Piotr daje Mu przełomową odpowiedź. Przełomową, bo odkrywającą prawdziwe zadanie i misję Jezusa na Ziemi „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. Piotr nie kombinował, powiedział szczerze to, co czuł w swoim sercu. I dopiero na tej odpowiedzi, na takiej podstawie my możemy budować swoją relację z Jezusem i swój obraz Kościoła. Dopiero, gdy w sercu szczerze odkryjemy kim jest Chrystus, zaczniemy patrzeć na wszystko przez pryzmat wiary. Bez Niego, bez relacji z Nim, Kościół będzie nas drażnił, a w naszych głowach powstanie obraz świata rodem z artykułów Kasi Wiśniewskiej. Prawdziwego i szczerego poznania Boga, zachwycenia się Jezusem życzę Wszystkim. Pani Kasi także.

07 lut 2011

Po ostatniej wypowiedzi Benedykta XVI do członków Trybunału Roty Rzymskiej nt. małżeństwa, w wielu miejscach zawrzało. Papież upomniał duchownych, że zbyt mały nacisk kładą na kwestie prawne. Wiernym, pragnącym zawrzeć małżeństwo przypomniał, że należy się do niego odpowiedni przygotować i że nie jest ono dla każdego. Wywiązała się nawet ciekawa dyskusja nt. tego, jaka jest rola Kościoła w przygotowaniu małżeństwa i późniejsza odpowiedzialność za jego losy („Małżeństwo nie dla każdego?”).  W weekendowym wydaniu Gazety Olsztyńskiej ukazał się ciekawy wywiad z ks. dr Lucjanem Świto, wikariuszem sądowym z Metropolitalnego Sądu Archidiecezji Warmińskiej.

ślubne obrączki. foto: sxc.hu

W przemówieniu do członków Roty Rzymskiej Benedykt XVI zwrócił uwagę, że w czasie kursów przedmałżeńskich za mało mówi się o aspekcie prawnym tego sakramentu. Czy rzeczywiście wymagana jest znajomość prawa kanonicznego do tego, aby zawrzeć sakrament ślubu?

Oczywiście Kościół nie wymaga od wiernych do zawarcia sakramentu małżeństwa gruntownej znajomości prawa kanonicznego. Jednak w dzisiejszym świecie, w którym rodzina przeżywa wyraźny kryzys i gdzie lansowane są przeróżne modele życia we dwoje, Kościół musi jasno przypominać, czym jest małżeństwo chrześcijańskie. Ślub kościelny bowiem to coś więcej, niż piękna ceremonia. To szczególnego rodzaju umowa, w której narzeczeni w nieodwołalnym przymierzu przekazują sobie siebie nawzajem. Przed zgromadzoną rodziną i przyjaciółmi, a przede wszystkim przed sobą i przed Bogiem, uroczyście zobowiązują się, że będą się nawzajem kochać, że ich miłość będzie wierna i płodna, i że pomimo różnych trudności, które przyjdą, nie opuszczą siebie nigdy.

Jakie jest zadanie kursów przedmałżeńskich? Papież zarzucił wielu księżom, że traktują te kursy jako formalność, poprzedzającą realizację „naturalnego prawa osób do ślubu”.

Kursy przedmałżeńskie odgrywają ogromną rolę w przygotowaniu bezpośrednim do zawarcia małżeństwa. Powinny pomóc narzeczonym rozeznać podjęty wybór nowej drogi życia, wprowadzić w etykę odpowiedzialnego rodzicielstwa oraz pogłębić wiarę w tajemnicę włączenia narzeczonych w Boży plan zbawienia i uświęcenia.

Do polskich sądów biskupich rocznie trafia kilka tysięcy wniosków o orzeczenie nieważności małżeństwa. Ponoć bardzo wiele tych wniosków jest rozpatrywanych pozytywnie. Czy to oznacza, że polski Kościół złagodził zasady decydujące o unieważnieniu ślubu kościelnego?

Przede wszystkim Kościół „nie unieważnia ślubu”, lecz co najwyżej stwierdza (jeśli są dowody!), że nigdy go nie było. Niestety, w ostatnich latach do sądów kościelnych wpływa coraz więcej spraw o nieważność małżeństwa. Nie każda jednak sprawa ma szansę powodzenia. Sam fakt, że czyjeś małżeństwo rozpadło się i teraz strona pragnie na nowo uregulować swoje życie, nie jest żadnym argumentem za jego nieważnością. Sądy kościelne interesuje data zawarcia małżeństwa, to znaczy czy strony zawarły sakrament ważnie czy nieważnie? Jeśli nie ma poważnych argumentów i dowodów, to sprawy orzekane są negatywnie. W ubiegłym roku trybunał warmiński o nieważności małżeństwa orzekł jedynie w około 50-procentach spraw, które wpłynęły.

Jak wygląda procedura stwierdzania nieważności ślubu. W jakich okolicznościach dochodzi do tego i kto o tym decyduje?

O stwierdzeniu nieważności małżeństwa decydują fakty. Jeśli strony mają dowody, które wskazują, że w dacie ślubu nie doszło do zawarcia ważnej umowy małżeńskiej – bo np. strona była przymuszona do ślubu lub ukryła poważną chorobę psychiczną – to sądy kościelne orzekają nieważność takiej umowy małżeńskiej.

Słowa Benedykta XVI są jawną krytyką postępowania duchownych. W Polsce również kursy przedmałżeńskie zdarzają się być fikcją, trudno mówić, żeby przygotowywały w pełni do życia w małżeństwie. Czy czekają nas pod tym względem zmiany?

Kościół nie udziela sakramentów osobom nieprzygotowanym. Sakrament Pierwszej Komunii Świętej czy Bierzmowania poprzedzony jest roczną katechizacją, na przyjęcie sakramentu kapłaństwa potrzeba 6-letniej formacji seminaryjnej, natomiast od narzeczonych Kościół domaga się kursu przedmałżeńskiego. Fikcyjny kurs mija się z celem i nie przyniesie zamierzonego dobra dla narzeczonych. Przeglądając sprawy małżeńskie toczące się w sądzie kościelnym ze smutkiem stwierdzam, że gdyby przygotowanie bezpośrednie do małżeństwa było przeprowadzone solidnie i z zaangażowaniem narzeczonych, w wielu wypadkach nie doszłoby do lekkomyślnego ślubu i później tragedii życiowej związanej z rozpadem rodziny.

Czy Kościół jest współodpowiedzialny za pomyślność zawieranego małżeństwa?

Kościół wspiera narzeczonych i dostarcza im odpowiednich środków, aby w świat małżeński weszli jak najlepiej przygotowani. Jednak pomyślność małżeństwa zależeć będzie przede wszystkim od samych małżonków – na ile chcą wejść w świat małżeński dobrze przygotowani i czy będą współpracowali z łaską Bożą.

Co Kościół może zaoferować narzeczonym?

Oprócz tradycyjnych kursów przedmałżeńskich organizowanych w parafiach z udziałem duchownych i różnych specjalistów świeckich, pojawiają się nowe formy bezpośredniego przygotowania do małżeństwa. np. w Archidiecezji Warmińskiej ciekawą ofertę warsztatowo-psychologiczną dla narzeczonych prowadzi parafia św. Franciszka w Kortowie, czy nowo powstałe Stowarzyszenie „Persona Humana”, które swoją siedzibę ma przy parafii Chrystusa Odkupiciela Człowieka w Olsztynie. Organizowane są też weekendy dla narzeczonych, podczas których kandydaci do małżeństwa mogą lepiej się poznać.

Jaka jest rola świeckich w przygotowaniu innych do małżeństwa?

Od świeckich, zwłaszcza psychologów, terapeutów czy lekarzy, oczekuje się wiedzy specjalistycznej. Jednak w przygotowaniu do małżeństwa niezastąpieni są sami małżonkowie, którzy mogą podzielić się tym, co najważniejsze – świadectwem swojego małżeńskiego życia.

Rozmawiał Tomasz Boenke

Ślub to nie finał - to początek pięknej historii

07 sty 2011

1 stycznia, w uroczystość Bożej Rodzicielki Maryi, gdy większość ludzi odsypiała jeszcze hucznie obchodzony Sylwester, w londyńskiej katedrze Westminsterskiej miało miejsce niezwykłe wydarzenie. Kilkoro mężczyzn i kobiet przyjęło komunię świętą i zostało włączonych do Kościoła katolickiego. Nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyby nie fakt, że trzej z nich jeszcze przed chwilą byli anglikańskimi biskupami. Powrócili do domu.

Od Soboru Watykańskiego II w Kościele katolickim bardzo silnie zarysowuje się nurt ekumenizmu – wspólnoty chrześcijańskie mówią o jedności. Po spektakularnych gestach, jak wzajemne zdjęcie ekskomuniki z poszczególnych wspólnot, procesy ekumeniczne osłabły. Pozostały rozmowy, dyskusje i wzajemne deklaracje, ale brakowało konkretów. Co więcej, pojawiało się coraz więcej rozbieżności – w przypadku kościołów wschodnich górę wzięła polityka, w przypadku wspólnot protestantów: kwestie moralne i doktrynalne. Wyświęcanie kobiet na kapłanów (kapłanki?), udzielanie im święceń biskupich, akceptacja homoseksualizmu, wyświęcanie osób żyjących w jednopłciowych „rodzinach”, często niejasny stosunek do aborcji, in vitro czy antykoncepcji a nawet absurdalne teorie, że Boga nie ma. To wszystko sprawiło, że zbliżenie z Kościołem katolickim było niemal niemożliwe.  Z drugiej strony wielu katolików, chcąc za wszelką cenę osiągnąć porozumienie z protestantami, zaczęło rezygnować z podstawowych elementów wiary katolickiej, co spotkało się ze słusznym protestem i ostrzeżeniem ze strony Kongregacji Nauki Wiary.

Kościół anglikański

Na tle wszystkich wspólnot protestanckich, mocno wyróżniają się anglikanie. W odróżnieniu od innych denominacji , wspólnota anglikańska powstała nie z powodu prób odnowy Kościoła i życia duchowego, ale z powodu małżeńskich rozterek Henryka VIII Tudora i w konsekwencji jego kłótni z papieżem Klemensem VII. Papież nie chciał unieważnić małżeństwa Henryka VIII, co spowodowało gwałtowną reakcję w całej Anglii. Król został mianowany głową Kościoła. Początkowo w swej doktrynie kościół anglikański nie różnił się mocno od katolickiego, poza wypowiedzeniem posłuszeństwa papieżowi i rozwiązaniem zakonów. Z czasem różnice poczęły narastać, jednak nawet w naszych czasach można było odnieść wrażenie, że wspólnota ta stanowi pewien łącznik, pomost pomiędzy Kościołem katolickim, a protestantami.

Na progu schizmy

Przełom XX i XXI wieku to czas postępującej laicyzacji w Europie zachodniej. Kościoły chrześcijańskie w różny sposób odpowiedziały na to zjawisko. Niestety, duża część wspólnot protestanckich próbowała dostosować się do nowych warunków łagodząc swoje stanowisko w wielu kwestiach. Wspomniana już akceptacja i promocja homoseksualizmu, czy nawet przyzwolenie na aborcję w niektórych sytuacjach miały przysporzyć nowych wiernych. Stało się odwrotnie. Niestety efekty tych działań nie spowodowały ich zatrzymania, a wręcz przeciwnie – intensyfikację. Na łonie wielu wspólnot, w tym kościoła anglikańskiego coraz głośniej zaczęto mówić o tym, że takie działanie to odchodzenie od Ewangelii i Boga. Dyskusje, a czasem poważne spory nie przynosiły pożądanego rozwiązania – konflikt narastał. W efekcie, podkreślając jak ważne jest tradycyjne nauczanie i trzymanie się Pisma Świętego, wielu coraz odważniej zaczęło patrzeć w stronę Rzymu. Pojawiły się głosy mówiące o możliwym powrocie części anglikanów na łono Kościoła katolickiego. Odpowiedź Rzymu przyszła w listopadzie 2008 roku, gdy Benedykt XVI wydał konstytucję apostolską „Anglicanorum coetibus”. Tym samym otworzył drzwi Kościoła przed anglikanami, którzy chcąc zachować swoją (piękną z resztą) tradycję liturgiczną, uznają zwierzchność papieża i przyjmą Naukę Kościoła.

Prawdziwy ekumenizm

Benedykt XVI wydając „Anglicanorum coetibus” pokazał, jak wygląda prawdziwy ekumenizm. To nie wzajemne ustępstwa, rezygnowanie z własnej tożsamości aby tylko stać się takim samym jak inni, co miałoby przynieść jedność. Ekumenizm musi wychodzić z założenia, że pełnia Prawdy i pełnia środków, potrzebnych do Zbawienia znajduje się w Kościele katolickim, a czuwa nad nimi Biskup Rzymu. Ekumenizm ma pomóc powrócić na właściwą drogę tym, którzy w burzliwych dziejach naszej historii zbłądzili. Nie tylko konserwatywni wierni anglikańscy myślą o powrocie do Kościoła katolickiego – wielu innych protestantów nie godzi się na liberalizm swoich wspólnot i dokonuje konwersji.

Trzej byli anglikańscy biskupi, którzy w Nowy Rok zostali włączeni do Kościoła katolickiego, uczyniło to razem ze swoimi żonami. Niedługo dostąpią święceń kapłańskich – na mocy „Anglicanorum coetibus” będą mogli pozostać w swoich związkach małżeńskich. Biskupiej sakry nie otrzymają, będą posługiwali w ramach specjalnych ordynariatów personalnych. Ale to nie zniechęciło ich do pójścia drogą, jaką wskazał beatyfikowany niedawno kard. Newman. Za nimi w najbliższym czasie podąży najprawdopodobniej kolejnych kilkudziesięciu duchownych anglikańskich oraz tysiące wiernych. To prawdziwy ekumenizm.

26 sie 2010

Ostatnie wydarzenia związane z krzyżem smoleńskim na Krakowskim Przedmieściu ożywiły dyskusję nad relacją państwa i Kościoła. Niektórzy lewicowi politycy i media alarmują, że złamane zostały konstytucyjne zasady neutralności państwa i jego rozdziału od Kościoła.


Świeckie czy wyznaniowe?

Najpierw trochę teorii. Ze względu na stosunek do religii, państwa podzielić możemy na wyznaniowe i świeckie. Państwo wyznaniowe to takie, które uznaje tylko jedną religię bądź ją ustawowo faworyzuje, a rządowe struktury mają ścisły związek ze strukturami kościelnymi. Takimi krajami są często państwa muzułmańskie, a także Grecja, w której urzędową religią jest prawosławie, Wielka Brytania z anglikanizmem (np. królem może być tylko anglikanin) czy Dania z Ewangelickim Kościołem Luterańskim. W państwach świeckich struktury państwowe są oddzielone i niezależne od kościelnych. Możemy je podzielić na państwa świeckie negatywne, w których nastąpiła wroga separacja państwa i Kościoła – takim krajem jest np. Francja; oraz państwa świeckie pozytywne, takie jak np. Polska.

Bezstronność czy neutralność?

Czy złamana została konstytucyjna zasada neutralności państwa? Należy zacząć od tego, że… takiej zasady w ogóle nie ma. W pkt 2. art. 25. Konstytucji RP możemy przeczytać: „Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym.” Mowa jest o bezstronności, a nie o neutralności. Gdyby Konstytucja mówiła coś o neutralności, to rzeczywiście można by próbować karkołomnych interpretacji przepisów, które nakazywałyby państwu „zneutralizować” wszelkie przejawy religijności. Ale Ustawa Zasadnicza mówi o tym, że państwo zachowuje bezstronność w sprawach religijnych – czyli smoleński krzyż zwyczajnie państwu przeszkadzać nie może. Co więcej, w tym samym artykule znajdujemy przepis gwarantujący nam swobodę w wyrażaniu naszych przekonań religijnych w życiu publicznym – kolejny punkt, w którym Konstytucja pokazuje nam, że z punktu widzenia relacji państwo-Kościół, ustawiony przez harcerzy krzyż w niczym państwu nie przeszkadza.

Co cesarskie – cesarzowi…

Przeciwnicy obecności wszelkich symboli religijnych w życiu publicznym, powołując się na zasadę rozdziału państwa i Kościoła, chcą pozbyć się nie tylko krzyża z Krakowskiego Przedmieścia, ale i ze szkół, urzędów. Zasada rozdziału Kościoła od państwa nie została wyrażona expressis verbis w przepisach Konstytucji. Jest ona jednak jednym z fundamentów państwa świeckiego, a jej wyraz możemy znaleźć w pkt. 3. wspomnianego wcześniej art. Konstytucji: „Stosunki między państwem a kościołami i innymi związkami wyznaniowymi są kształtowane na zasadach poszanowania ich autonomii oraz wzajemnej niezależności każdego w swoim zakresie, jak również współdziałania dla dobra człowieka i dobra wspólnego.” Zarówno państwo jak i kościoły posiadają autonomię i są wzajemnie niezależne. Warto zauważyć, iż Konstytucja podkreśla, że państwo i Kościół współpracują ze sobą, dla dobra człowieka. Zasady tej nie można rozpatrywać samodzielnie, bez uwzględnienia reszty przepisów, a zwłaszcza przytoczonego wcześniej art. 25 pkt. 2 Konstytucji, który mówił o bezstronności państwa i gwarantował wszystkim swobodę w wyrażaniu swojej wiary. Wynika z tego, że jeżeli ktoś bądź grupa ludzi chce zamanifestować swoją chrześcijańską wiarę w przestrzeni publicznej, może to zrobić – np. poprzez postawienie krzyża, powieszenie go w klasie czy zorganizowanie procesji. To gwarantuje nasze państwo. Takie same prawa posiadają wyznawcy wszystkich religii i ateiści. Są to jedne z podstawowych praw człowieka, wynikające z samego faktu bycia człowiekiem, dlatego państwo je „gwarantuje” a nie nadaje – bo źródłem ich jest godność ludzka a nie prawo stanowione.

Tolerancja dla wolności

Wzywanie do usunięcia symboli religijnych z życia publicznego nie ma podstaw prawnych. Co więcej, jest po prostu przejawem braku tolerancji u osób nie podzielających danego światopoglądu. A przecież paradoksalnie to właśnie ten argument – tolerancja dla niewierzących, wysuwany jest bardzo często przez przeciwników obecności symboli religijnych w życiu publicznym. Gdyby państwo przychyliło się do postulatów wykreślenia religii z życia publicznego, przestałoby być państwem świeckim. Nie byłoby nawet państwem neutralnym – stałoby się krajem z urzędowym ateizmem, które ignorowałoby prawa wierzących.

Sam krzyż smoleński wymaga głębszego zastanowienia – nie było moim zamiarem rozstrzygać, czy powinien zostać czy też nie – przedstawiłem jedynie sytuację prawną symboli religijnych w świetle obowiązującej Konstytucji. A prawo, właśnie z Konstytucją na czele, do krzyża nic nie ma. Ani do tego z Krakowskiego Przedmieścia, ani do tych wiszących w szkolnych salach. Nie ma nawet nic do placów, ulic i obrazu Matki Bożej Królowej Pokoju z olsztyńskiej Wysokiej Bramy…

krzyż, sxc.hu

08 mar 2010

W niedzielę 7 marca ulicami Olsztyna przemaszerowała manifa. Pierwsza manifa. Właściwie to nie przemaszerowała, bo to słowo kojarzy się z mężczyznami. Przeszła. Wg organizatorów odniosła duży sukces – uczestniczyło w niej kilkadziesiąt osób. Nie wiem, czy kilkadziesiąt osób na niemal 200-tysięczne miasto to dużo… ale skoro organizatorzy tak uważają, to nie będę protestował. W końcu mają prawo – tolerancja…

Podobno manifa była dziełem kobiet, ale przeważnie dało się zauważyć jedynie walczące feministki, działaczy/działaczki KPH i innych przedstawicieli lewicowych środowisk. Kolorowa mieszanka.

Dlaczego oddzieliłem feministki od kobiet? Ano dlatego,  że wydają się one żyć w swojej własnej rzeczywistości, w ktorej kobiety w sposób przedmiotowy służą im do osiągnięcia ich własnych celów. Teoretycznie manifa przeprowadzona była w walce o prawa kobiet. Czego w takim razie potrzebuje polska kobieta?

Manifa - Olsztyn 2010

Manifa w Olsztynie 2010, foto.: Paweł Kicowski, za Gazeta Olsztyńska

Feministki walczą o edukację seksualną. Drogie Feministki – czego nie wiecie? Może coś Wam wyjaśnić? Nie krępujcie się. Kto pyta, nie błądzi. Więc najwyższa pora dla Was, zacząć zadawać pytania. Dalej walka idzie o antykoncepcję. Dziwne – ktoś Wam jej zabrania? Nie. co najwyżej katolicy powiedzą, że obdzieracie się w ten sposób z własnej kobiecości i wypaczacie swoją seksualność. Chcecie – jedzcie pigułki garściami, wspierajcie przemysł produkujący gumę i wyroby gumopodobne – trochę jak oglądanie pysznego jedzenia przez szybkę albo jedzenia cukierka w papierku. Ale różne są dziwactwa, a środowiska organizujące manify zazwyczaj w dziwactwach się lubują…

Co jeszcze wg feministek potrzebne jest kobiecie w Polsce, aby była szczęśliwą? Aborcja, prawo do zabicia własnego dziecka. No tak, nic tak nie dodaje kobiecości, jak zamordowanie synka czy córki. Drogie feministki, przypominam Wam, że pierwszy raz w ten sposób Polki uszczęśliwił sam Hitler, pozwalając na dokonywanie aborcji „polskim niewolnicom„. Naprawdę uważacie, że aborcja jest tym, czego Polki potrzebują najbardziej? Co Wam te dzieci zrobiły? Czemu tak bardzo się ich boicie?

Nie zabrakło również najważniejszego, czyli tolerancji. Dla kogo? Rzecz jasna dla homoseksualistów, bo bez specjalnych przywilejów dla nich, kobieta szczęśliwa nie będzie (drogie Panie, Wy Wszystkie które czujecie się szczęśliwe – proszę natychmiast przestać! nie wolno! Pamiętajcie o gejach i lesbijkach!). Jednak każda tolerancja ma swoje granice – ta feministyczna kończy się na katolicyzmie i Kościele – dla katolików tolerancji nie ma, bo przecież oni są passe – a poza tym mówią czasem takie niemiłe rzeczy, że trzeba czynić dobro, że zło trzeba zwalczać i w ogóle… Sąd Apelacyjny w sprawie Pani Tysiąc przypomniał im, jak ma wyglądać katolicka wiara, ale chyba jeszcze im mało. Jak nie wiedzą, jak ma wyglądać Kościół, niech zwrócą się do redaktora Pacewicza – on na religii się zna, on wszystko wyjaśni…

I eliksir kobiecego szczęścia – parytety – jakby to było, gdyby o nich nie wspomniano… a właściwie wykrzyczano na manifie. Podobno na polskiej scenie politycznej dramatycznie brakuje kobiet. Gdy one się pojawią, będziemy krajem mlekiem i miodem płynącym. Tylko, że w Polsce udział kobiet w polityce wynosi 20% wobec 21% w Europie oraz 18% ogółem na świecie. Czyli nie odstajemy od żadnych norm. Ale o tym się nie mówi, bo jeszcze by się wydało, że feministki na plecach kobiet chcą się dostać do władzy i realizować własne interesy. Ciii…

Przyglądając się postulatom wznoszonym na manifie, czytając wywiady z organizatorami, uczestnikami, przeglądając nagrania i zdjęcia można zauważyć wielobarwny tłum, protestujący przeciwko wielu wyimaginowanym a czasem rzeczywiście  słusznym problemom; można zobaczyć ludzi żądający przeróżnych praw i przywilejów. Ale w tym wszystkim boli jedno – próżno szukać tam interesu kobiet. Nic dziwnego – go tam zwyczajnie nie ma…

Z okazji Dnia kobiet chciałbym życzyć Wszystkim Paniom pogłębiania miłości w każdym wymiarze – abyście nie utraciły tego, co najważniejsze i dążyły do prawdziwego szczęścia.

A Wam, drogie Feministki życzę, abyście zdołały odnaleźć swoją kobiecość. Powodzenia!

Blog Bartosza Orlińskiego – zapnijcie pasy: będzie się działo…

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.