07 lut 2011

Po ostatniej wypowiedzi Benedykta XVI do członków Trybunału Roty Rzymskiej nt. małżeństwa, w wielu miejscach zawrzało. Papież upomniał duchownych, że zbyt mały nacisk kładą na kwestie prawne. Wiernym, pragnącym zawrzeć małżeństwo przypomniał, że należy się do niego odpowiedni przygotować i że nie jest ono dla każdego. Wywiązała się nawet ciekawa dyskusja nt. tego, jaka jest rola Kościoła w przygotowaniu małżeństwa i późniejsza odpowiedzialność za jego losy („Małżeństwo nie dla każdego?”).  W weekendowym wydaniu Gazety Olsztyńskiej ukazał się ciekawy wywiad z ks. dr Lucjanem Świto, wikariuszem sądowym z Metropolitalnego Sądu Archidiecezji Warmińskiej.

ślubne obrączki. foto: sxc.hu

W przemówieniu do członków Roty Rzymskiej Benedykt XVI zwrócił uwagę, że w czasie kursów przedmałżeńskich za mało mówi się o aspekcie prawnym tego sakramentu. Czy rzeczywiście wymagana jest znajomość prawa kanonicznego do tego, aby zawrzeć sakrament ślubu?

Oczywiście Kościół nie wymaga od wiernych do zawarcia sakramentu małżeństwa gruntownej znajomości prawa kanonicznego. Jednak w dzisiejszym świecie, w którym rodzina przeżywa wyraźny kryzys i gdzie lansowane są przeróżne modele życia we dwoje, Kościół musi jasno przypominać, czym jest małżeństwo chrześcijańskie. Ślub kościelny bowiem to coś więcej, niż piękna ceremonia. To szczególnego rodzaju umowa, w której narzeczeni w nieodwołalnym przymierzu przekazują sobie siebie nawzajem. Przed zgromadzoną rodziną i przyjaciółmi, a przede wszystkim przed sobą i przed Bogiem, uroczyście zobowiązują się, że będą się nawzajem kochać, że ich miłość będzie wierna i płodna, i że pomimo różnych trudności, które przyjdą, nie opuszczą siebie nigdy.

Jakie jest zadanie kursów przedmałżeńskich? Papież zarzucił wielu księżom, że traktują te kursy jako formalność, poprzedzającą realizację „naturalnego prawa osób do ślubu”.

Kursy przedmałżeńskie odgrywają ogromną rolę w przygotowaniu bezpośrednim do zawarcia małżeństwa. Powinny pomóc narzeczonym rozeznać podjęty wybór nowej drogi życia, wprowadzić w etykę odpowiedzialnego rodzicielstwa oraz pogłębić wiarę w tajemnicę włączenia narzeczonych w Boży plan zbawienia i uświęcenia.

Do polskich sądów biskupich rocznie trafia kilka tysięcy wniosków o orzeczenie nieważności małżeństwa. Ponoć bardzo wiele tych wniosków jest rozpatrywanych pozytywnie. Czy to oznacza, że polski Kościół złagodził zasady decydujące o unieważnieniu ślubu kościelnego?

Przede wszystkim Kościół „nie unieważnia ślubu”, lecz co najwyżej stwierdza (jeśli są dowody!), że nigdy go nie było. Niestety, w ostatnich latach do sądów kościelnych wpływa coraz więcej spraw o nieważność małżeństwa. Nie każda jednak sprawa ma szansę powodzenia. Sam fakt, że czyjeś małżeństwo rozpadło się i teraz strona pragnie na nowo uregulować swoje życie, nie jest żadnym argumentem za jego nieważnością. Sądy kościelne interesuje data zawarcia małżeństwa, to znaczy czy strony zawarły sakrament ważnie czy nieważnie? Jeśli nie ma poważnych argumentów i dowodów, to sprawy orzekane są negatywnie. W ubiegłym roku trybunał warmiński o nieważności małżeństwa orzekł jedynie w około 50-procentach spraw, które wpłynęły.

Jak wygląda procedura stwierdzania nieważności ślubu. W jakich okolicznościach dochodzi do tego i kto o tym decyduje?

O stwierdzeniu nieważności małżeństwa decydują fakty. Jeśli strony mają dowody, które wskazują, że w dacie ślubu nie doszło do zawarcia ważnej umowy małżeńskiej – bo np. strona była przymuszona do ślubu lub ukryła poważną chorobę psychiczną – to sądy kościelne orzekają nieważność takiej umowy małżeńskiej.

Słowa Benedykta XVI są jawną krytyką postępowania duchownych. W Polsce również kursy przedmałżeńskie zdarzają się być fikcją, trudno mówić, żeby przygotowywały w pełni do życia w małżeństwie. Czy czekają nas pod tym względem zmiany?

Kościół nie udziela sakramentów osobom nieprzygotowanym. Sakrament Pierwszej Komunii Świętej czy Bierzmowania poprzedzony jest roczną katechizacją, na przyjęcie sakramentu kapłaństwa potrzeba 6-letniej formacji seminaryjnej, natomiast od narzeczonych Kościół domaga się kursu przedmałżeńskiego. Fikcyjny kurs mija się z celem i nie przyniesie zamierzonego dobra dla narzeczonych. Przeglądając sprawy małżeńskie toczące się w sądzie kościelnym ze smutkiem stwierdzam, że gdyby przygotowanie bezpośrednie do małżeństwa było przeprowadzone solidnie i z zaangażowaniem narzeczonych, w wielu wypadkach nie doszłoby do lekkomyślnego ślubu i później tragedii życiowej związanej z rozpadem rodziny.

Czy Kościół jest współodpowiedzialny za pomyślność zawieranego małżeństwa?

Kościół wspiera narzeczonych i dostarcza im odpowiednich środków, aby w świat małżeński weszli jak najlepiej przygotowani. Jednak pomyślność małżeństwa zależeć będzie przede wszystkim od samych małżonków – na ile chcą wejść w świat małżeński dobrze przygotowani i czy będą współpracowali z łaską Bożą.

Co Kościół może zaoferować narzeczonym?

Oprócz tradycyjnych kursów przedmałżeńskich organizowanych w parafiach z udziałem duchownych i różnych specjalistów świeckich, pojawiają się nowe formy bezpośredniego przygotowania do małżeństwa. np. w Archidiecezji Warmińskiej ciekawą ofertę warsztatowo-psychologiczną dla narzeczonych prowadzi parafia św. Franciszka w Kortowie, czy nowo powstałe Stowarzyszenie „Persona Humana”, które swoją siedzibę ma przy parafii Chrystusa Odkupiciela Człowieka w Olsztynie. Organizowane są też weekendy dla narzeczonych, podczas których kandydaci do małżeństwa mogą lepiej się poznać.

Jaka jest rola świeckich w przygotowaniu innych do małżeństwa?

Od świeckich, zwłaszcza psychologów, terapeutów czy lekarzy, oczekuje się wiedzy specjalistycznej. Jednak w przygotowaniu do małżeństwa niezastąpieni są sami małżonkowie, którzy mogą podzielić się tym, co najważniejsze – świadectwem swojego małżeńskiego życia.

Rozmawiał Tomasz Boenke

Ślub to nie finał - to początek pięknej historii

20 wrz 2010

Przeglądając naszą lokalną czerwoną stronę, natrafiłem na ciekawy (w tym sensie, że skłonił mnie do napisania tej notki – bo interesujących rzeczy w nim niewiele było…) tekst, zatytułowany „Ten krążek, złoty krążek”. Wpis napisany został przez kogoś, podającego się za „sympatyka SLD”. Wszystko rozchodzi się o ślub. Najpierw autor ubolewa nad „taśmowym” ślubem kościelnym. Dalej dowiadujemy się, że również tzw.  ślub cywilny nie jest żadną rewelacją (z tym akurat się zgadzam). Co nam pozostaje? Tutaj odkrywamy Amerykę! Ślub humanistyczny. A Amerykę odkrywamy również dlatego, że tam takie ceremonie zyskały pewną popularność.

Po pominięciu wszystkich wzniosłych formułek (mówiąc językiem autora wspomnianego wpisu – patosu i śmieszności) dochodzimy do tego, że ślub humanistyczny to ceremonia wymyślona i przeprowadzona wg tego, co urodziło się w głowach „młodej pary”. Wszystko jest tak, jak sobie wymarzą. Prawda, jakie to piękne?

A skoro ślub humanistyczny jest taki piękny, to czemu Państwo nie przyzna mu takiego statutu, jakim cieszy się chociażby ślub konkordatowy? Przecież to Państwo ma być dla ludzi, a nie odwrotnie! Gdyby Państwo uznało takie ceremonie, wystarczyłoby, aby „nowożeńcy” dostarczyli do odpowiedniego Urzędy oświadczenie, że zawarli ślub humanistyczny i po kłopocie. W oczach Państwa byliby już małżeństwem. Dlaczego wszystko musi być takie wymagające, po co utrudniać szarym obywatelom drogę do szczęścia!? Państwo ma stawiać na wolność obywateli i ich prawo do „bycia sobą” (a to ciekawe stwierdzenie w ustach kogoś, kto określa się jako „sympatyk SLD” – wszak wolność w każdym wymiarze działa na Sojusz jak płachta (czerwona) na byka).

Jeżeli komuś śluby humanistyczne i postulat ich prawnego uznania nie odpowiada, niech się lepiej nie wtrąca – w końcu to prywatna sprawa „młodych”.

I tutaj pojawia się zgrzyt, aż uszy bolą. Najpierw czytamy o tym, że Państwo powinno robić to i tamto, o tym jak ustawodawca powinien się do ślubów humanistycznych ustosunkować… by chwilę później wyraźnie zaznaczyć, że to jednak prywata sprawa i nikomu nic do tego. Skoro prywatna – to kto chce, niech sobie i dwa śluby humanistyczne dziennie zawiera, nic mi do tego. Ale jeśli już Państwo ma do tego przyłożyć rękę i jeszcze uznać, że taki związek będzie małżeństwem w oczach prawa, a więc będzie się cieszył pewnymi przywilejami – to hola! Nie tak szybko! To już nie jest prywatna sprawa.

Ślub nie jest prywatną sprawą. Ani ten Kościelny, gdzie ślubujemy sobie miłość przed Bogiem i Kościołem, gdzie wzajemnie się zobowiązujemy, ani ten cywilny, gdy przed urzędnikiem składamy oświadczenie o pragnieniu wstąpienia w związek małżeński. Instytucja małżeństwa ma fundamentalne znaczenie w prawie. Już starożytni Rzymianie to wiedzieli i stworzyli multum przepisów regulujących ją. Polskie prawo też to uwzględnia. Małżeństwo jest podstawą dla rodziny, która jest podstawową komórką społeczną – nie ma zdrowego społeczeństwa, bez zdrowej rodziny.  Po to w prawie kanonicznym małżeństwo obwarowane jest wieloma wymogami i kryteriami, aby możliwie najlepiej uświadomić chętnym narzeczonym, co tak naprawdę zamierzają zrobić – czym jest ślub, czym jest małżeństwo. Po to prawo świeckie otacza małżeństwo szczególną troską i przywilejami, żeby dbać o nie, jako o fundament zdrowego społeczeństwa. Wszystkie formalności, terminy, formy i materia – pokazują, że ślubując sobie wzajemną miłość, młoda para podejmuje jednocześnie poważne zobowiązanie – nawzajem wobec siebie oraz wobec społeczeństwa. Małżeństwo to skarb, dlatego prawo powinno go strzec.

Idea ślubu humanistycznego właściwie zaprzecza podejściu zarówno prawa kanonicznego jak i cywilnego do małżeństwa. Ceremonia bez ustalonej formy, bez ustalonej materii… Przysięga małżeńska dowolna, wg zamysłu samych zainteresowanych. A właśnie materia jest ważna. To ważne, żeby ślub brali kobieta i mężczyzna. A nie dwóch facetów, dwie kobiety, albo facet z MacBookiem, jak to swego czasu zaprezentowali transhumaniści (pewnie, po co się ograniczać!?). Ważne jest, aby ślub był we właściwej formie, aby wszystkiemu stało się zadość. Bo to nie jest jakaś nieistotna sprawa. Przysięga małżeńska? M.in. jej treść zawiera jakby esencję małżeństwa. Szczególnie w prawie kanonicznym (pomijam tu już wymogi samego sakramentu). Małżeństwo to nie dowolność, własne widzimisię  - małżeństwo jest bardzo konkretne. Dlatego przysięga również taką powinna być – żeby małżeństwo było małżeństwem, a nie tworem „małżeńskopodobnym”.

Jeśli ktoś chce ślubu humanistycznego – jego strata, nikt mu nie zabrania. Tak samo jak dzieciom nie zabrania się bawić w berka albo chowanego. Ale nikt rozsądny nie usankcjonuje zabaw w prawie. Tej „zabawy w męża i żonę” również tam nie wciskajmy.

wedding rings

22 mar 2010

Niedawny wyrok Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu w sprawie braku możliwości dziedziczenia (ustawowego) po sobie partnerów tej samej płci rozpoczął serię dyskusji nt. potrzeby nowelizacji polskiego prawa. Jedna z takich dyskusji toczyć się będzie z inicjatywy olsztyńskiego oddziału Kampanii Przeciw Homofobii. Podnosi się przede wszystkim potrzebę uregulowania sytuacji prawnej związków partnerskich – zarówno odnośnie hetero- jak i homoseksualnych.

Ale kto powiedział, że ich sytuacja prawna nie jest uregulowana? Jest, chociaż nie tak, jak powinna być. A to dlatego, że związki partnerskie kobiety i mężczyzny mają w Polsce większe prawa niż powinny.

Małżeństwo, jako fundament rodziny, winno cieszyć się w oczach ustawodawcy szczególnymi przywilejami. Nie od dziś wiadomo, że to rodzina jest podstawową komórką społeczną, nad czym ostatnimi czasy ubolewa prof. Środa. To w rodzinie najlepsze środowisko do wzrastania i rozwoju znajduje dziecko. Dla organizmu państwowego małżeństwo to korzyść – dwoje dorosłych ludzi podejmuje odpowiedzialną (oby!) decyzję, decydując się na dziecko rozwijają społeczeństwo – państwo na tym zyskuje! Ci ludzie podejmują określone obowiązki, podejmują trud – w dodatku przysięgają sobie, że „nie opuszczą się aż do śmierci”. Im więcej zdrowych małżeństw, które tworzą rodziny, tym zdrowsze i lepiej funkcjonujące społeczeństwo, a co za tym idzie – silniejsze państwo.

Dwoje młodych ludzi – on i ona, decydujących się na zwiazek partnerski – nie podejmują tych obowiązków, które ciążą na małżonkach. Nie biorą na siebie tej całej odpowiedzialności, która charakteryzuje męża i żonę. Cały czas widać tam pewną asekurację. Jeśli coś nie wyjdzie – to nie poniosą dużych konsekwencji. Dlaczego komuś, kto nie chce przyjąć obowiązków, dawać większe prawa – wręcz przywileje? To nielogiczne! Każde prawo rodzi obowiązek. Każde prawo jest jednocześnie zadaniem do spełnienia.

Polskie prawo przyznaje konkubinatom pewne, dotychczas przynależne tylko małżonkom przywileje. Szkoda, bo tak jak napisałem wyżej, godzi się tym samym, aby ludzie tylko czerpali, a nie dawali – a tak nie wzmocni się społeczeństwa.

Teraz część ludzi, za sprawą Trybunału, który ostatnimi czasy miesza się w sfery, w które nie powinien i ulega a to homo- a to antyreligijnej propagandzie, chce aby konkubinaty homoseksualistów zrównać w prawach z heteroseksualnymi konkubinatami. Z jakiej racji? Dlaczego państwo miałoby dawać prawa komuś, kto nie chce wziąć na siebie obowiązków? Z resztą… czy ktoś zabrania homoseksualistom zawarcia małżeństwa, założenia rodziny i budowania silnego społeczeństwa? Nie. Każdy gej może się ożenić, każda lesbijka może wyjść za mąż.

Wg mnie żadne konkubinaty – czy to heteroseksualne, czy homoseksualne, nie powinny mieć takich praw i przywilejów jak małżeństwa. Nie budują w takim stopniu społeczeństwa, nie biorą na siebie ciężaru odpowiedzialności. Dla tych, którzy chcą ze sobą spędzić całe życie – istnieje instytucja małżeństwa. Ci, którzy jeszcze do niego nie dorośli, niech nie bawią się w małżeństwo, jak dzieci w przedszkolu, tylko niech dochodzą do swojej kobiecości i męskości – im szybciej, tym lepiej.

Nie niszczmy, nie osłabiajmy naszego społeczeństwa, bo wszyscy drogo za to zapłacimy. A jeśli nie my, to nasze dzieci.

foto: sxc.hu

Blog Bartosza Orlińskiego – zapnijcie pasy: będzie się działo…

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.