Wielkimi krokami zbliżają się wybory do Parlamentu. Jednak zanim wrzucimy kartki do urn, w Sejmie odbędzie się o wiele ważniejsze głosowanie. Posłowie zadecydują, czy Polska będzie broniła ludzkiego życia konsekwentnie.
Ponad pół miliona Polaków poparło obywatelski projekt ustawy, którego celem jest całkowita ochrona ludzkiego życia, szczególnie wobec tych ludzi, którzy nie potrafią się jeszcze sami obronić. Mamy szansę zupełnie zabronić aborcji w imieniu prawa! A trzeba nam wiedzieć, że w zeszłym roku w majestacie Rzeczypospolitej zabito ok. 500 dzieci – głównie dlatego, że były chore. Słynny „aborcyjny kompromis”, którego niektórzy bronią jak niepodległości, ma twarz pół tysiąca dzieci rocznie, które są zabijane za swoją chorobę albo pochodzenie. Na to nie może być zgody w cywilizowanym świecie. W Polsce XXI wieku nie może być miejsca na legalne barbarzyństwo!

Dziecko, źródło sxc.hu
Pół miliona wariatów
Jak napisał ks. Marek Gancarczyk: „O losach obywatelskiego projektu zdecyduje strach. Irracjonalny, nie wiadomo skąd pochodzący, ale mocno zakorzeniony. Jakby szponami trzymał za gardło. Strach przed publicznym wygłoszeniem oczywistej, zupełnie zdroworozsądkowej opinii: Nie godzę się na prawo do zabijania chorych dzieci przed narodzeniem, to barbarzyństwo.” Aby pomóc naszym posłom przełamać ten strach i odważnie opowiedzieć się za życiem, powstała akcja „Zadzwoń do posła”. Każdy z nas może zadzwonić do swojego posła lub wysłać mu list (także elektroniczny) z przypomnieniem, że niedługo czekają nas wybory parlamentarne i chcielibyśmy dowiedzieć się, jaki jest jego (jej) stosunek do ważnych dla nas wartości chrześcijańskich. Jako, że przede wszystkim liczą się czyny, niezwykle interesuje nas, czy nasz poseł (nasza posłanka) opowie się za życiem w najbliższym głosowaniu nad obywatelskim projektem ustawy. Posłowie są w końcu naszymi przedstawicielami i mamy prawo wiedzieć, jakimi wartościami się kierują. Jak zwykle w przypadku takich inicjatyw, odezwał się krytyczny (i chyba trochę kpiący) głos z ulicy Czerskiej, tym razem ustami (a właściwie piórem) pani Kasi Wiśniewskiej, która wyrasta na etatowego komentatora akcji pro-life oraz wszystkiego, co związane z Kościołem. Wiśniewska nazywa cały pomysł „wariackim”. Przytacza też liczbę aborcji, jakie rokrocznie wykonywane są w polskim „podziemiu aborcyjnym” – od 80 do 200 tysięcy, a które katolicy ponoć lekceważą. Skąd Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny (sic!) wzięła te dane? Najpewniej z kapelusza, jak pisze Franciszek Kucharczak. Na koniec Wiśniewska kpiąco pyta, czy dla ochrony życia nie warto się trochę wysilić, zamiast marnować czas na telefony do posłów. Warto Pani Kasiu i dlatego będziemy dzwonić i pisać, żeby nasi przedstawiciele w Parlamencie zdobyli się na wysiłek bycia odważnymi. Co ciekawe, jak zauważa Kucharczak, w tym samym numerze Gazety Wyborczej znajdziemy tekst Piotra Pacewicza, który każe nam się wstydzić za to, że tak mało osób przyszło na paradę gejów i lesbijek (tzw. paradę równości). W konsekwencji powinniśmy rozpocząć sejmową debatę nad związkami partnerskimi… i choć pomysł popiera niewielu, to nikt nie nazywa go wariackim.
Polak, Węgier dwa bratanki
Do tej pory w Unii Europejskiej to Polska była najczęściej kojarzona z walką o życie ludzi już od momentu poczęcia oraz o głośne procesy przed europejskimi trybunałami, w wyniku których trzeba było płacić odszkodowanie matkom, którym z różnych powodów odmówiono „prawa” do zabicia własnego dziecka. Ostatnio mieliśmy do czynienia z kolejnym procesem, w rezultacie którego Polska ma wypłacić tytułem odszkodowania 60 tysięcy Euro kobiecie, której dziecko będąc w jej łonie miało podejrzenie zespołu Turnera. Lekarze wobec deklaracji kobiety, że zabije swoje dziecko (o przepraszam: dokona przerwania ciąży, ewentualnie skorzysta ze swojego prawa) jeśli zajdzie podejrzenie choroby, nie chcieli dokonać badań prenatalnych. Trybunał uznał to za nieludzkie traktowanie. W wywiadzie dla Radia Plus Minister Zdrowia Ewa Kopacz powiedziała, że jest za utrzymaniem prawa, które pozwala na zabicie dziecka w łonie matki dlatego, że jest ciężko chore lub upośledzone. Czy to nie jest dyskryminacja? Na szczęście w Europie nie musimy już czuć się osamotnieni w walce o życie człowieka. Coraz odważniej poczynają sobie Węgrzy, którzy mają odwagę białe nazywać białym, a czarne czarnym. W ramach akcji promocji „zrównoważonych” rodzin, finansowanej ze środków unijnych, rząd Victora Orbana zaczął apelować o zaprzestanie aborcji, pokazując adopcję jako alternatywę dla zabicia niechcianego dziecka. Szybko zareagowała Bruksela. Viviane Reding, unijna Komisarz Sprawiedliwości udzieliła Węgrom reprymendy, ponieważ „To [akcja pro-life] jest sprzeczne z wartościami europejskimi!” Pani Reding zagroziła sankcjami finansowymi, jeśli akcja nie zostanie wstrzymana.
Słysząc o takich wydarzeniach, jak wyrok europejskiego trybunału czy upomnienie ze strony europejskiej komisarz, łatwo zauważyć, że walka o człowieka cały czas trwa. I nabiera coraz bardziej namacalnych kształtów. Możemy wygrać, ale trzeba włożyć w to dużo siły i modlitwy. Jeśli my tego nie zrobimy, zatriumfują piewcy politycznej poprawności i pseudotolerancji, a przegra człowiek.















