15 paź 2011

Dawno tu nie zaglądałem. Z różnych powodów – przede wszystkim brak dostatecznej ilości wolnego czasu, a także zaangażowanie w nowy projekt – regionalny serwis religijny Wiara WM. Zachęcam do odwiedzin na stronie. Codziennie staramy się zapewnić Wszystkim Internautom porcję świeżych informacji. Na wspomnianym portalu ukazał się też mój ostatni felieton, który przeczytać możecie na łamach Gazety Olsztyńskiej (wydanie 15-16 października 2011). Tutaj zamieszczam tekst, który ukazał się w gazecie. Na serwisie Wiara WM znajduje się wersja rozszerzona mojego powyborczego komentarza.

 

Wyniki wyborów parlamentarnych obnażyły słabość wielu środowisk, a przede wszystkim całego polskiego społeczeństwa. Niska frekwencja, kuriozalne postacie z poselskimi mandatami i niepewność co do kształtu polityki wewnętrznej rządu przez najbliższe 4 lata.

Na wstępie chcę zaznaczyć, że niniejszy tekst jest niczym więcej, jak tylko prywatną opinią autora i każdy może mieć inne zdanie. Tegoroczna kampania wyborcza była jeszcze bardziej intensywna i zaskakująca niż poprzednie. Fakt, dało się zauważyć mniejszą liczbę „chwytów poniżej pasa”, co można uznać za pewną poprawę w naszej kulturze politycznej. Nie udało się przeforsować zakazu wyborczej reklamy na wielkoformatowych billboardach, co wg mnie było świetnym pomysłem. Dlaczego? Bo wbrew temu, co mówi większość ludzi, że oblepienie całego miasta plakatami i wizerunki kandydatów wyskakujące nawet z otwieranej lodówki nie działają na nich, a wyboru dokonują kierując się efektem konfrontacji własnych poglądów z tymi partyjnymi, gdy przychodzi do głosowania często wybierają tę partię/kandydata, który najbardziej zapadł im w pamięć. Na szczęście nie sprawdziła sie zasada „Nie ważne jak mówią, ważne, że w ogóle mówią”: kandydatka SLD Katarzyna Lenart stała się hitem Internetu robiąc wyborczy striptiz, a jej kolega Łukasz Naczas niemal dorównał jej popularnością po tym, jak „zabłysnął” w wywiadzie, jaki przeprowadził z nim Robert Mazurek z Rzeczpospolitej. Oboje muszą swoje parlamentarne ambicje uciszyć na najbliższe 4 lata.

Słabość goni słabość

Tak niska frekwencja jest pewnym zaskoczeniem. Wydawać by się mogło, że przy gigantycznym nasyceniu wszystkich możliwych mediów kampanią wyborczą, ludzie udadzą sie do urn. Jedni obiecywali raj na ziemi, inni straszyli totalitaryzmem – nie pomogło. Mniej niż połowa uprawnionych zechciała zagłosować. Z jednej strony to pozytywne o tyle, że jeśli ktoś nie ma wyrobionych poglądów politycznych i miałby zagłosować na tego, kogo najczęściej w TV pokazują – to dobrze, że nie głosuje. Z drugiej – świadczy o niskiej kulturze politycznej w naszym kraju i jest błyskającą lampką alarmową: polskiej demokracji potrzeba zmian! W takim kształcie, jak mamy dziś, nie sprawdza się najlepiej.

Słabość pokazała polska lewica, co mnie akurat specjalnie nie martwi. Grzegorz Napieralski , przekonujący jak nieprzygotowany uczeń na egzaminie maturalnym, próbował zawojować wyborców obietnicą bezpłatnych wejściówek do teatrów dla emerytów. Oferta w prawdzie kusząca, ale nie wiedzieć czemu, wyborców nie przekonała. Mówiąc poważnie, porażka Napieralskiego nie była zaskoczeniem – nie jest liderem i mimo wielkich starań jeszcze długo nim nie będzie. Z wielką trudnością przekonywał do siebie partyjnych kolegów, więc nie ma mowy, żeby pod jego wodzą SLD cokolwiek zwojowało. Grzegorz zapowiedział, że rezygnuje. Trochę szkoda, bo był gwarancją słabego SLD.

Część wyborców o lewicowych poglądach lub ich zupełnym braku, która wcześniej wspierała Sojusz i czasem PO, zagłosowała na partię Janusza Palikota. Dla mnie to totalny brak odpowiedzialności za Państwo, którą to odpowiedzialność przecież bierze się na siebie podczas wyborów. Do Sejmu, jako trzecia siła dostała się partia nie tyle lewicowa, co lewacka. Jak będą wyglądały jej działania pokazał już sam lider, który niegdyś słynął z wymachiwania gumowym penisem, a teraz próbuje uszczęśliwić Polaków usunięciem krzyża z Sejmu. Genialnie skwitował to Franciszek Kucharczak „A właściwie z czego to wynika, że nie może być krzyża tam, gdzie się uchwala ustawy? Jeśli Palikot planuje uchwalać ustawy niegodne krzyża, to problem jest po stronie Palikota – nie krzyża.” Program Ruchu Poparcia nie powala na kolana, bo prócz otwartej wojny z Kościołem, posiada same puste slogany. To rzeczywiście ewenement, że w roku beatyfikacji Jana Pawła II, w trakcie Tygodnia Papieskiego, w Polsce takie poparcie uzyskuje partia chcąca zwalczać Kościół. Zakładam jednak, że spora część jej wyborców to ludzie nie mający zielonego pojęcia o programie politycznym, zwabieni obietnicą legalizacji marihuany.

Problem prawicy

Mówi się o porażce prawicy w tych wyborach, ale 30% poparcia PiS to nie jest druzgocący wynik. Problem leży gdzie indziej – polska prawica na nowo potrzebuje właściwego sformatowania. PiS-u po prostu nie stać na dużo lepszy wynik. Jarosław Kaczyński jest przedstawiany przez mainstreamowe media negatywnie. Nawet jego udział w programie Tomasza Lisa, w którym  były premier zmiażdżył dziennikarza, próbującego sił w swych nieudolnych atakach, zostało przysłonięte fragmentem z nowej książki Kaczyńskiego. Jednym słowem – PiS z Jarosławem Kaczyńskim nie ma przyszłości i im szybciej politycy to zrozumieją, tym lepiej. Problem z tą partią jest taki, że wielu widzi w niej nadzieję polskiej prawicy, podczas gdy ona nie do końca chce realizować prawicowy program. Hasła w stylu „3 miliony mieszkań” to lewicowa propaganda. PiS chce państwa opiekuńczego. To zapatrzenie w partię Kaczyńskiego szkodzi całej prawicy, bo zamyka drogę tym, którzy w swoich poglądach są radykalni i konsekwentni – Marek Jurek, JKM czy PJN. Była szansa stworzenia jednego ugrupowania łączącego trzy wspomniane – niestety – nie udało się. To kolejny problem prawej strony sceny politycznej – w polityce liczy się skuteczność. Trwanie przy swoim bez skłonności do choćby minimalnych kompromisów sprawia, że konserwatywna prawica pozostaje poza Parlamentem, a zasiadają w nim ludzie, których największym zmartwieniem jest krzyż na sali.

07 lut 2011

Po ostatniej wypowiedzi Benedykta XVI do członków Trybunału Roty Rzymskiej nt. małżeństwa, w wielu miejscach zawrzało. Papież upomniał duchownych, że zbyt mały nacisk kładą na kwestie prawne. Wiernym, pragnącym zawrzeć małżeństwo przypomniał, że należy się do niego odpowiedni przygotować i że nie jest ono dla każdego. Wywiązała się nawet ciekawa dyskusja nt. tego, jaka jest rola Kościoła w przygotowaniu małżeństwa i późniejsza odpowiedzialność za jego losy („Małżeństwo nie dla każdego?”).  W weekendowym wydaniu Gazety Olsztyńskiej ukazał się ciekawy wywiad z ks. dr Lucjanem Świto, wikariuszem sądowym z Metropolitalnego Sądu Archidiecezji Warmińskiej.

ślubne obrączki. foto: sxc.hu

W przemówieniu do członków Roty Rzymskiej Benedykt XVI zwrócił uwagę, że w czasie kursów przedmałżeńskich za mało mówi się o aspekcie prawnym tego sakramentu. Czy rzeczywiście wymagana jest znajomość prawa kanonicznego do tego, aby zawrzeć sakrament ślubu?

Oczywiście Kościół nie wymaga od wiernych do zawarcia sakramentu małżeństwa gruntownej znajomości prawa kanonicznego. Jednak w dzisiejszym świecie, w którym rodzina przeżywa wyraźny kryzys i gdzie lansowane są przeróżne modele życia we dwoje, Kościół musi jasno przypominać, czym jest małżeństwo chrześcijańskie. Ślub kościelny bowiem to coś więcej, niż piękna ceremonia. To szczególnego rodzaju umowa, w której narzeczeni w nieodwołalnym przymierzu przekazują sobie siebie nawzajem. Przed zgromadzoną rodziną i przyjaciółmi, a przede wszystkim przed sobą i przed Bogiem, uroczyście zobowiązują się, że będą się nawzajem kochać, że ich miłość będzie wierna i płodna, i że pomimo różnych trudności, które przyjdą, nie opuszczą siebie nigdy.

Jakie jest zadanie kursów przedmałżeńskich? Papież zarzucił wielu księżom, że traktują te kursy jako formalność, poprzedzającą realizację „naturalnego prawa osób do ślubu”.

Kursy przedmałżeńskie odgrywają ogromną rolę w przygotowaniu bezpośrednim do zawarcia małżeństwa. Powinny pomóc narzeczonym rozeznać podjęty wybór nowej drogi życia, wprowadzić w etykę odpowiedzialnego rodzicielstwa oraz pogłębić wiarę w tajemnicę włączenia narzeczonych w Boży plan zbawienia i uświęcenia.

Do polskich sądów biskupich rocznie trafia kilka tysięcy wniosków o orzeczenie nieważności małżeństwa. Ponoć bardzo wiele tych wniosków jest rozpatrywanych pozytywnie. Czy to oznacza, że polski Kościół złagodził zasady decydujące o unieważnieniu ślubu kościelnego?

Przede wszystkim Kościół „nie unieważnia ślubu”, lecz co najwyżej stwierdza (jeśli są dowody!), że nigdy go nie było. Niestety, w ostatnich latach do sądów kościelnych wpływa coraz więcej spraw o nieważność małżeństwa. Nie każda jednak sprawa ma szansę powodzenia. Sam fakt, że czyjeś małżeństwo rozpadło się i teraz strona pragnie na nowo uregulować swoje życie, nie jest żadnym argumentem za jego nieważnością. Sądy kościelne interesuje data zawarcia małżeństwa, to znaczy czy strony zawarły sakrament ważnie czy nieważnie? Jeśli nie ma poważnych argumentów i dowodów, to sprawy orzekane są negatywnie. W ubiegłym roku trybunał warmiński o nieważności małżeństwa orzekł jedynie w około 50-procentach spraw, które wpłynęły.

Jak wygląda procedura stwierdzania nieważności ślubu. W jakich okolicznościach dochodzi do tego i kto o tym decyduje?

O stwierdzeniu nieważności małżeństwa decydują fakty. Jeśli strony mają dowody, które wskazują, że w dacie ślubu nie doszło do zawarcia ważnej umowy małżeńskiej – bo np. strona była przymuszona do ślubu lub ukryła poważną chorobę psychiczną – to sądy kościelne orzekają nieważność takiej umowy małżeńskiej.

Słowa Benedykta XVI są jawną krytyką postępowania duchownych. W Polsce również kursy przedmałżeńskie zdarzają się być fikcją, trudno mówić, żeby przygotowywały w pełni do życia w małżeństwie. Czy czekają nas pod tym względem zmiany?

Kościół nie udziela sakramentów osobom nieprzygotowanym. Sakrament Pierwszej Komunii Świętej czy Bierzmowania poprzedzony jest roczną katechizacją, na przyjęcie sakramentu kapłaństwa potrzeba 6-letniej formacji seminaryjnej, natomiast od narzeczonych Kościół domaga się kursu przedmałżeńskiego. Fikcyjny kurs mija się z celem i nie przyniesie zamierzonego dobra dla narzeczonych. Przeglądając sprawy małżeńskie toczące się w sądzie kościelnym ze smutkiem stwierdzam, że gdyby przygotowanie bezpośrednie do małżeństwa było przeprowadzone solidnie i z zaangażowaniem narzeczonych, w wielu wypadkach nie doszłoby do lekkomyślnego ślubu i później tragedii życiowej związanej z rozpadem rodziny.

Czy Kościół jest współodpowiedzialny za pomyślność zawieranego małżeństwa?

Kościół wspiera narzeczonych i dostarcza im odpowiednich środków, aby w świat małżeński weszli jak najlepiej przygotowani. Jednak pomyślność małżeństwa zależeć będzie przede wszystkim od samych małżonków – na ile chcą wejść w świat małżeński dobrze przygotowani i czy będą współpracowali z łaską Bożą.

Co Kościół może zaoferować narzeczonym?

Oprócz tradycyjnych kursów przedmałżeńskich organizowanych w parafiach z udziałem duchownych i różnych specjalistów świeckich, pojawiają się nowe formy bezpośredniego przygotowania do małżeństwa. np. w Archidiecezji Warmińskiej ciekawą ofertę warsztatowo-psychologiczną dla narzeczonych prowadzi parafia św. Franciszka w Kortowie, czy nowo powstałe Stowarzyszenie „Persona Humana”, które swoją siedzibę ma przy parafii Chrystusa Odkupiciela Człowieka w Olsztynie. Organizowane są też weekendy dla narzeczonych, podczas których kandydaci do małżeństwa mogą lepiej się poznać.

Jaka jest rola świeckich w przygotowaniu innych do małżeństwa?

Od świeckich, zwłaszcza psychologów, terapeutów czy lekarzy, oczekuje się wiedzy specjalistycznej. Jednak w przygotowaniu do małżeństwa niezastąpieni są sami małżonkowie, którzy mogą podzielić się tym, co najważniejsze – świadectwem swojego małżeńskiego życia.

Rozmawiał Tomasz Boenke

Ślub to nie finał - to początek pięknej historii

05 lis 2010

W dzisiejszej Gazecie Olsztyńskiej przeczytałem artykuł Moniki Wróblewskiej pt.: Po siódme: nie kseruj. Autorka porusza kwestię kserowania akademickich podręczników i praw autorskich, które podobno są w tym procederze łamane.

kserowanie książek, dozwolony użytek, prawo autorskie

Czy kserowanie książek to łamanie praw autorskich? sxc.hu

Podobno sprawa przybrała już takie rozmiary, że nawet Jego Magnificencja zdecydował się wystosować apel do studentów o poszanowanie praw autorskich. Bo studenci to cwane stworzenia i będą kombinowali jak koń pod górę, aby tylko książkę skserować – bibliotekarki narzekają, że nie są w stanie upilnować wszystkich żaków.

Zasadnicze pytanie: wolno kserować podręczniki czy nie wolno? Wydawcy z każdej strony trąbią, żeby nie kserować (niektórzy nawet umieszczali specjalne oznaczenia typu „Kserowanie zabija książkę!”, za co chyba UOKiK wlepił im karę). Z artykułu Pani Magdy na pierwszy rzut oka wynika, że nie wolno, ale gdy wczytać się głębiej, dochodzimy do wypowiedzi Pana Andrzeja Nowakowskiego, który jakby niechętnie przyznaje, że jednak kserować wolno.

Moi drodzy, jakiem absolwent prawa, wszem i wobec przypominam studenckiej braci, że kserować podręczniki wolno. Mówi o tym wyraźnie Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Art. 23 punkt 1. wspomnianej ustawy brzmi:

Bez zezwolenia twórcy wolno nieodpłatnie korzystać z już rozpowszechnionego utworu w zakresie własnego użytku osobistego. Przepis ten nie upoważnia do budowania według cudzego utworu architektonicznego i architektoniczno-urbanistycznego oraz do korzystania z elektronicznych baz danych spełniających cechy utworu, chyba że dotyczy to własnego użytku naukowego niezwiązanego z celem zarobkowym.

Nauka do egzaminu jak najbardziej mieści się w ramach dozwolonego użytku prywatnego. I nie ma tu znaczenia, czy skserujemy całą książkę czy tylko jakąś jej część – nie wpływa to na legalność naszego postępowania. Możemy książkę kserować w całości. Przepis artykułu 23. pkt. 1 ustawy o prawie autorskim nie narzuca nam również żadnych ograniczeń w kwestii formy kserowania wspomnianych podręczników – czyli możemy je skserować za pomocą kserokopiarki, możemy zeskanować, zrobić zdjęcia, przepisać, skorzystać z kalki i co tam nam jeszcze do głowy przyjdzie.Mało tego – później możemy taki skserowany egzemplarz nieodpłatnie podarować jakiejkolwiek osobie pozostającej z nami w stosunku towarzyskim (ot, na przykład przyjacielowi z roku). Prawo nie wymaga od nas, abyśmy kserowali książkę osobiście – możemy to zlecić np. pracownikowi punktu kserograficznego. Bardzo dużo piszą o tym profesorowie Barta i Markiewicz. (a także ja w swojej pracy magisterskiej… ;-) )

łamanie prawa autorskiego, dozwolony użytek osobisty

Podręczniki akademickie można bez obaw kserować. sxc.hu

26 sie 2010

Ostatnie wydarzenia związane z krzyżem smoleńskim na Krakowskim Przedmieściu ożywiły dyskusję nad relacją państwa i Kościoła. Niektórzy lewicowi politycy i media alarmują, że złamane zostały konstytucyjne zasady neutralności państwa i jego rozdziału od Kościoła.


Świeckie czy wyznaniowe?

Najpierw trochę teorii. Ze względu na stosunek do religii, państwa podzielić możemy na wyznaniowe i świeckie. Państwo wyznaniowe to takie, które uznaje tylko jedną religię bądź ją ustawowo faworyzuje, a rządowe struktury mają ścisły związek ze strukturami kościelnymi. Takimi krajami są często państwa muzułmańskie, a także Grecja, w której urzędową religią jest prawosławie, Wielka Brytania z anglikanizmem (np. królem może być tylko anglikanin) czy Dania z Ewangelickim Kościołem Luterańskim. W państwach świeckich struktury państwowe są oddzielone i niezależne od kościelnych. Możemy je podzielić na państwa świeckie negatywne, w których nastąpiła wroga separacja państwa i Kościoła – takim krajem jest np. Francja; oraz państwa świeckie pozytywne, takie jak np. Polska.

Bezstronność czy neutralność?

Czy złamana została konstytucyjna zasada neutralności państwa? Należy zacząć od tego, że… takiej zasady w ogóle nie ma. W pkt 2. art. 25. Konstytucji RP możemy przeczytać: „Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym.” Mowa jest o bezstronności, a nie o neutralności. Gdyby Konstytucja mówiła coś o neutralności, to rzeczywiście można by próbować karkołomnych interpretacji przepisów, które nakazywałyby państwu „zneutralizować” wszelkie przejawy religijności. Ale Ustawa Zasadnicza mówi o tym, że państwo zachowuje bezstronność w sprawach religijnych – czyli smoleński krzyż zwyczajnie państwu przeszkadzać nie może. Co więcej, w tym samym artykule znajdujemy przepis gwarantujący nam swobodę w wyrażaniu naszych przekonań religijnych w życiu publicznym – kolejny punkt, w którym Konstytucja pokazuje nam, że z punktu widzenia relacji państwo-Kościół, ustawiony przez harcerzy krzyż w niczym państwu nie przeszkadza.

Co cesarskie – cesarzowi…

Przeciwnicy obecności wszelkich symboli religijnych w życiu publicznym, powołując się na zasadę rozdziału państwa i Kościoła, chcą pozbyć się nie tylko krzyża z Krakowskiego Przedmieścia, ale i ze szkół, urzędów. Zasada rozdziału Kościoła od państwa nie została wyrażona expressis verbis w przepisach Konstytucji. Jest ona jednak jednym z fundamentów państwa świeckiego, a jej wyraz możemy znaleźć w pkt. 3. wspomnianego wcześniej art. Konstytucji: „Stosunki między państwem a kościołami i innymi związkami wyznaniowymi są kształtowane na zasadach poszanowania ich autonomii oraz wzajemnej niezależności każdego w swoim zakresie, jak również współdziałania dla dobra człowieka i dobra wspólnego.” Zarówno państwo jak i kościoły posiadają autonomię i są wzajemnie niezależne. Warto zauważyć, iż Konstytucja podkreśla, że państwo i Kościół współpracują ze sobą, dla dobra człowieka. Zasady tej nie można rozpatrywać samodzielnie, bez uwzględnienia reszty przepisów, a zwłaszcza przytoczonego wcześniej art. 25 pkt. 2 Konstytucji, który mówił o bezstronności państwa i gwarantował wszystkim swobodę w wyrażaniu swojej wiary. Wynika z tego, że jeżeli ktoś bądź grupa ludzi chce zamanifestować swoją chrześcijańską wiarę w przestrzeni publicznej, może to zrobić – np. poprzez postawienie krzyża, powieszenie go w klasie czy zorganizowanie procesji. To gwarantuje nasze państwo. Takie same prawa posiadają wyznawcy wszystkich religii i ateiści. Są to jedne z podstawowych praw człowieka, wynikające z samego faktu bycia człowiekiem, dlatego państwo je „gwarantuje” a nie nadaje – bo źródłem ich jest godność ludzka a nie prawo stanowione.

Tolerancja dla wolności

Wzywanie do usunięcia symboli religijnych z życia publicznego nie ma podstaw prawnych. Co więcej, jest po prostu przejawem braku tolerancji u osób nie podzielających danego światopoglądu. A przecież paradoksalnie to właśnie ten argument – tolerancja dla niewierzących, wysuwany jest bardzo często przez przeciwników obecności symboli religijnych w życiu publicznym. Gdyby państwo przychyliło się do postulatów wykreślenia religii z życia publicznego, przestałoby być państwem świeckim. Nie byłoby nawet państwem neutralnym – stałoby się krajem z urzędowym ateizmem, które ignorowałoby prawa wierzących.

Sam krzyż smoleński wymaga głębszego zastanowienia – nie było moim zamiarem rozstrzygać, czy powinien zostać czy też nie – przedstawiłem jedynie sytuację prawną symboli religijnych w świetle obowiązującej Konstytucji. A prawo, właśnie z Konstytucją na czele, do krzyża nic nie ma. Ani do tego z Krakowskiego Przedmieścia, ani do tych wiszących w szkolnych salach. Nie ma nawet nic do placów, ulic i obrazu Matki Bożej Królowej Pokoju z olsztyńskiej Wysokiej Bramy…

krzyż, sxc.hu

18 sie 2010
Dostałem pilne wezwanie i mam dylemat.

Otóż pewien znany operator telefonii komórkowej, nie będę mówił który ;) wzywa mnie w trybie pilnym do odebrania samochodu. Któryś już raz…

BMW Silver 7

Teraz mam dylemat, co ja zrobię z tymi wszystkimi BMW, które na mnie czekają. Jakoś nieszczególnie przepadam za tą marką samochodów, (chociaż nie powiem, nowym X6 to bym sobie poszalał) ale jak policzyłem wszystkie pomarańczowe SMSy, które dostałem, zacząłem się martwić, gdzie ja te wszystkie auta upchnę…

Na początku przyjąłem strategię „na przeczekanie” – póki co mój poczciwy Matiz mi wystarczy, więc nie będę odpowiadał na SMSy – niech ktoś inny doświadczy tego szczęścia. Ale ma taktyka okazała się niewłaściwa i nie spodobała się organizatorom rewelacyjnego konkursu. Przysłali mi wezwanie z ponagleniem i szczerze mówiąc, trochę się przestraszyłem… to już nie żarty. Chyba rzeczywiście przyjdzie mi odstawić dziecko koreańskiej myśli technicznej i przesiąść się na flagową limuzynę z Monachium.

A już na poważnie.
Konkurs z BMW zaczyna mnie denerwować. Bywa, że otrzymuję w ciągu 10 minut 4-5 SMSów, w których operator błaga mnie, żebym się odezwał, bo nie wie co zrobić z kluczykami do auta. Nie chcę dostawać tych SMSów, podoba mi się mój Matiz i nie mam zamiaru przesiadać się na żadną X6.

Co powinienem robić?
W niektórych SMSach jest informacja o tym, że mogę wysłać na wskazany numer SMSa o treści „NIE” a operator przestanie nękać mnie SMSami. Jednak z doświadczeń internautów jakie znalazłem na różnego rodzaju forach – ta metoda to pic na wodę, fotomontaż. Kolejne SMSy reklamowe potrafią przyjść nawet parę minut po wysłaniu „NIE”.

Mogę również przejść się do przedstawiciela operatora i wręczyć mu pismo z prośbą o nie przesyłanie reklam. Tylko dlaczego? Z jakiej racji mam się fatygować do siedziby operatora i użerać się z jego pracownikami, którzy z każdej strony próbują wcisnąć mi nowy telefon czy usługę?

Orange ma mnie chyba za frajera… z resztą nie tylko mnie. I dalej SPAMuje w najlepsze!
Ustawa o świadczeniu usług drogą elektroniczną w artykule 10 stwierdza:

Art. 10. 1. Zakazane jest przesyłanie niezamówionej informacji handlowej skierowanej do oznaczonego odbiorcy za pomocą środków komunikacji elektronicznej, w szczególności poczty elektronicznej.
2. Informację handlową uważa się za zamówioną, jeżeli odbiorca wyraził zgodę na otrzymywanie takiej informacji, w szczególności udostępnił w tym celu identyfikujący go adres elektroniczny.
3. Działanie, o którym mowa w ust. 1, stanowi czyn nieuczciwej konkurencji w rozumieniu przepisów ustawy, o której mowa w art. 9 ust. 3 pkt 1.

SMSy o samochodach BMW informacją handlową zdecydowanie są. Pytanie, czy zamówioną przeze mnie? Nie! Nigdy nie zamawiałem takiej informacji – jestem użytkownikiem pre-paid’owym, czyli mam telefon „na kartę”, nie rejestrowałem się nigdzie, nic nie podpisywałem. Słowem – nie wyrażałem swojej zgody na otrzymywanie informacji handlowych.
Operator wysyła mi wiadomości łamiąc prawo.

Warto zwrócić również uwagę na art. 4 wspomnianej ustawy:

Art. 4. 1. Jeżeli ustawa wymaga uzyskania zgody usługobiorcy, to zgoda ta:
1) nie może być domniemana lub dorozumiana z oświadczenia woli o innej treści,
2) może być odwołana w każdym czasie.
2. Usługodawca wykazuje uzyskanie zgody, o której mowa w ust. 1, dla celów dowodowych.

Operator nie może zakładać, że moje milczenie oznacza zgodę. A jeśli coś mi się nie podoba, to mogę im to zgłosić, a on łaskawie zaprzestanie wysyłania SPAMu. To nie ja mam wyjść z inicjatywą. To operator ma obowiązek zapytać mnie, czy życzę sobie otrzymywać reklamy. I moja odpowiedź, jeśli będzie inna niż jasne i klarowne „TAK”, oznacza, że nie ma prawa przesyłać mi żadnej wiadomości.

O, właśnie znowu pomarańczowy spamer poprosił mnie via SMS, żebym odebrał moje BMW…

No  spam
Blog Bartosza Orlińskiego – zapnijcie pasy: będzie się działo…

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.